Zaznacz stronę

SŁOWO

Warto przyjrzeć się swoim emocjom po wysłuchaniu takiej Ewangelii. One mogą nam sporo powiedzieć o nas samych, naszym myśleniu, naszych lękach i w końcu o obrazie Boga, w którego wierzymy. Na ile jesteśmy w chrześcijaństwie z miłości i by tą miłością się dzielić, a na ile z lęku przed sądem…

Jezus sporo mówi o końcu, jednak nie podaje daty i pokazuje nam, iż w kontekście końca, mamy żyć uważnie, a nie się bać. Mamy badać znaki, odczytywać rzeczywistość. Myślenie o końcu świata (naszym osobistym końcu) jest pożyteczne o tyle, o ile rozwija w nas umiejętność szerszego patrzenia i mobilizacji nas do dobrego życia. Nie tylko w sensie moralności, a więc straszenia się bądź dobry, bo kiedyś przyjdzie Bóg i cię osądzi, ale w sensie szukania dobra w sobie, w innych, w świecie. 

Chrześcijanie na początku, po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa, żyli w klimacie końca bardzo mocno. Wierzyli, że Pan wróci szybko. Później gdzieś to zatraciliśmy. Staliśmy się niecierpliwi. I w końcu zarzuciliśmy to dobre napięcie oczekiwania. Czasem żyjemy jakby nasze życie, świat w ogóle miał się nie skończyć. 

A mówienie o końcu, w kontekście chrześcijaństwa jest niczym innym, jak tym, by przewartościować swoje poglądy, swoje patrzenie na świat. By, pamiętając o nim, pamiętać, że nic, co w moim życiu się dzieje, nic, co przeżywam nie jest absolutne. A więc potrzeba mi dystansu. Bo to, co dziś złe, może za dwa dni okazać się dobre w skutkach, a to, co mnie dziś tak mocno cieszy, może się okazać początkiem złego doświadczenia. 

Gdy popatrzymy na historię i na to, jak człowiek traktuje człowieka, jak zły się miota, to musimy stwierdzić, że żyjemy w czasach ostatecznych. I to stwierdzenie, nie ma być wezwaniem do paniki, do wyznaczania dat, ale do uważności. Żyć w takim klimacie, to dostrzeganie małych spraw. To podobna sytuacja do człowieka, który się dowiaduje, że jest śmiertelnie chory. Obserwowałem to u Pacjentów w Hospicjum. Wielu z nich uświadamiało sobie, że pewnego dnia umrze. Mówili o dostrzeganiu wielu drobnych spraw, których wcześniej nie potrafili dostrzec. 

Człowiek żyjący Ewangelią, żyjący oczekiwaniem na przyjście Pana, który de facto już jest, ma podniesioną głowę. I o to chodzi w oczekiwaniu na koniec. Mamy podnieść głowy, bo od lat większość z nas mówi, co dzień przyjdź Królestwo Twoje. Modlimy się by przyszło. I z jednej strony ono już jest, a z drugiej wiemy, że jeszcze nie w pełni. Bo ciągle jeszcze możemy tylko wierzyć. Podnieśmy głowy, a więc przypomnijmy sobie naszą godność, tak często, co dzień deptaną przez nas samych, w naszych głupich wyborach, przez naszych bliskich, pracodawców, sąsiadów. 

Podnieśmy głowy, niech naszym motorem działania nie będzie przygnębienie i strach, ale oczekiwanie. 

Nie bójmy się sądu. On będzie tylko momentem, kiedy Bóg w obliczu wszystkich ludzi na ziemi i w niebie powie: zobaczcie jakie mam dobre dziecko, zobaczcie ile dobra ono zrobiło, zobaczcie, jak starało się podnosić swoją głowę, wtedy, kiedy było źle. O Tobie też tak powie. Sąd kojarzy się nam źle, bo takie jest nasze ludzkie doświadczenie, ale to jest sąd Boga, który jest Miłością.

Na początku chrześcijaństwa najpopularniejszą modlitwą było krótkie wezwanie MARANA THA – Przyjdź Panie Jezu!

Jeśli masz w sobie pragnienie życia z podniesioną głową, pragnienie życia w klimacie szukania dobra w sobie i w innych, niech teraz razem ze mną powtórzy głośno i wyraźnie to wezwanie MARANA THA – PRZYJDŹ PANIE JEZU!