Zaznacz stronę

„Nic nie ma za friko” – powiedział ksiądz proboszcz do Pana, który przyszedł poprosić o zgodę na pogrzeb mamy w innej parafii. Za świstek papieru zażądał 800 zł. [LINK do artykułu]

Pada w tym dramatycznym i skandalicznym nagraniu z kancelarii, zdanie, które pokazuje jak bardzo niektórzy księża odlatują w kosmos w swojej robocie, bo trudno to nazwać „posługą”. To zdanie wypowiada syn zmarłej kobiety, a brzmi ono tak: „Pierwszy raz mama mi umarła”. To zdanie księdza w ogóle nie porusza, nie zatrzymuje, a ono jest esencją. Śmierć, a szczególnie osoby bliskiej, jest bardzo trudnym momentem, na który nikt nie jest przygotowany. Taki moment wymaga dużej delikatności i taktu, wsłuchiwania się w człowieka, który znalazł się w tym doświadczeniu. Tak, w życiu księdza, pogrzeby to codzienność i jak we wszystkim można wpaść w rutynę, jednak ta możność nie usprawiedliwia zachowania, które trzeba nazwać „chamskim”. To, co się dzieje podczas tej rozmowy, pokazuje jak kancelarie parafialne stają się często miejscami podobnymi do najgorszych urzędów z minionej epoki, w których nie ma zasad, poza tymi, który ustala urzędnik. 

Zresztą zobaczcie słownictwo, którego używamy w Kościele: urząd parafialny, biuro parafialne, kancelaria. Te określenia pokazują, jak łatwo schować się za urzędem, co pozwala obsługującemu przestać widzieć człowieka z problemem życiowym, a widzieć już tylko sprawę i ewentualny zarobek. JAk, przy takich okazjach jak pogrzeb, „chowamy” kolejnego nieboszczyka, a nie modlimy się z bliskimi przy i za zmarłego człowieka, który dla kogoś jest ważny i kochany

Ten częstochowski casus jest dobrą (kolejną) okazją do zadania sobie pytania o reformę kancelarii parafialnych, z bardzo konkretnym pytaniem o sensowność wielu karteczek czy zaświadczeń, które wymagane są w związku z sakramentami i pogrzebami.
Mam za sobą, krótki epizod proboszczowski, ale wydaje mi się, że przerobiłem większość codziennych kancelaryjnych przypadków, stąd trochę się na fachu znam. Zawsze mnie zastanawiało pytanie tych, którzy przychodzili, na przykład po metrykę chrztu, czy spisanie protokołu, albo po pozwolenia, ile się należy. Zawsze odpowiadałem, że kiedy kupuję ryzę papieru i toner do drukarki, to jest to koszt rozłożony na długie miesiące i w końcu parafianie składają się na to dając na tacę. Nigdy nie wziąłem za żadne zaświadczenie, protokół, licencję czy pozwolenie ani grosza. I nigdy nie miałem wrażenia, że zbiednieję. Nie brałem, bo naprawdę mam w sobie jakieś obrzydzenie do sytuacji, w której na codzień mówię o darmowej łasce Bożej, a później miałbym zabierać ludziom pieniądze, które się księdzu NIE NALEŻĄ. Są wyłudzane, nazwijmy w końcu po imieniu ten proceder, to jest wyłudzenie. Wykorzystanie sytuacji, w której ten, kto przyszedł, został postawiony przez nasze procedury, wcale w wielu przypadkach niepotrzebne. Nie rozumiem więc, jak kartka papieru może kosztować 800 zł! Inna kwestia to pytanie: do czego taka kartka z pozwoleniem jest potrzebna? Kiedy przychodzi rodzina z załatwieniem pogrzebu, to jest to rodzina bardzo poturbowana, i naprawdę trzeba im wyjść na przeciw, a nie wrzucać ich w kolejne machiny biurokracji, tym razem kościelnej. Machina, która pokazuje im, że są tylko petentami, w kolejnym urzędzie, a nie ludźmi, którzy tworzą wspólnotę. 

Przy tej okazji warto zadać pytanie jaki sens ma wymaganie od rodziców dzieci I komunijnych pozwolenia na przygotowania i przyjęcie po raz pierwszy Komunii świętej ich dziecka, w innej parafii? W jakim celu rodzice muszą w wielu parafiach składać podania na piśmie, by później wziąć pozwolenie od proboszcza, by ich dzieci mogły przyjąć sakrament? Z jednej strony mówimy o wspólnocie wokół Eucharystii, a z drugiej totalnie sobie nie ufamy, a co więcej zdarzają się sytuacje jak ta częstochowska, kiedy trzeba jeszcze zapłacić za świstek. Wiele jest takich sytuacji, w których sami stworzyliśmy problem, a później nakazujemy  ich wypełnienie.

Przeraża mnie to, że przez 13 lat od święceń, co rusz słyszę podziękowania za to jakim jestem księdzem, a tak naprawdę nie chodzi o jakieś wielkie dzieła, ale zwykłe ludzkie bycie dla drugiego. Że mam czas, że odbieram maile i telefony, że nie zbieram kasy przy każdej okazji, że można zrobić coś, co jest po prostu normą w świecie, którym tak bardzo na naszych ambonach gardzimy.