Zaznacz stronę

W hospicjum obowiązuje mnóstwo ważnych norm. Wymaganych przez prawo czy wynikających z sposobów opieki nad pacjentem. Jednak wiele (najważniejszych) spraw dzieje się poza normami.

Mamy takie wyobrażenie, że najlepiej umierać w gronie najbliższych, w jakiś super warunkach ciszy i skupienia. Wydaje się to być normą. A jednak czasem do naszego Domu trafiają ludzie z bardzo trudnych środowisk i rodzin. Bywa, że sami skrajnie wykończeni opiekują się innymi członkami rodzin, albo mieszkają w warunkach wielkiej biedy, gdzie nie można mówić o jakimkolwiek komforcie. Trafiają do nas, zostają opatrzeni, nakarmieni, i w końcu, po długim czasie mogą zasnąć w spokoju i ciszy. Mogą w końcu odpocząć. Nie ma wokół nich rodzin, przyjaciół, są sami. Umierają po cichutku, w śnie, bez świadków. Kiedy w końcu – wydawałoby się – mogli bym pożyć w spokoju odchodzą. Przychodzą umrzeć.

Skończyłem dziś, jak co dzień zresztą, Eucharystię, wziąłem puszkę z Panem Jezusem i poszedłem na oddział. W jednym z pierwszych pokoi mieszka Pan R. Świetny człowiek, ciągle nas stresuje, bo nosi pomarańczowy polar, i każdy myśli, że przyjechało pogotowie. Pan R. rozwiązuje krzyżówki i często krzyczy: ksiądz a jakie będzie hasło? No i dziś idąc z Panem Jezusem, zaglądam do Pana R., a jego nie ma. Pierwsza myśl: Pan R. znów gdzieś się zaszył z fajkami. Rzeczywiście Pan R. siedział na tarasie i palił fajki. Przyjął Pana Jezusa na tarasie, po skończonym papierosie. Pani O. zazwyczaj po przyjęciu piła swój ulubiony soczek owocowy, a dziś postanowiła zmienić tradycje i napiła się kakao. Pan A. przyjmuje komunię, przebudzając się z swojej drzemki na fotelu, przed telewizorem. Zawsze zdejmuje nogi z fotela, zakłada papcie i przyjmuje Pana Jezusa, pije łyk kawy i znów zasypia.

W zeszłym tygodniu odeszła Pani U. Kobieta ciut starsza od mojej mamy, a jednak rozkochała mnie w sobie od pierwszego wejrzenia. Pani U. ciągle pełna humoru, i podobnego poczucia dowcipu do mojego. Szybko złapaliśmy wspólny kabaret. Była szefową, której zgłaszałem wyjścia, ona wtedy przejmowała kontrolę nad interesem. Któregoś dnia mąż przyprowadził jej ulubionego pieska, to była krótka wizyta, ale ile wprowadziła normalności.

Wiem, że opisane historie mogą burzyć niejednego liturgistę czy znawcę życia rodzinnego. Jednak opisuję je całkowicie świadomie, by pokazać, że życie realne jest tak bardzo nieschematyczne i dobre, właśnie takie jakie jest. Kocham tą naszą hospicyjną (inną) codzienność. To, że nie mówi się tu do pacjentów w formie nijakiej, to że tu są sami „panowie” i „panie”. Kocham to, że nie boimy się w hospicjum dotyku i bliskości i szanujemy kiedy jej ktoś nie chce. Jest pod wielkim wrażeniem tego, że każdy domownik jest pytany czy pozwala zrobić sobie zastrzyk, czy chce jeść teraz lub za 10 minut. Kocham to, że wielu nowych domowników przyjeżdża przerażonych, a już po kilku godzinach czują się bezpiecznie i czasem lepiej niż w domu.

Hospicjum uczy mnie, że normy są szalenie ważne, ale tylko wtedy kiedy służą człowiekowi i jemu są podporządkowane.