Zaznacz stronę

Słowa Jezusa nie zostawiają złudzeń. Wszystko się rozpadnie. Wszystko, co sobie misternie budujemy, w czym pokładamy ufność. Począwszy od naszych więzi rodzinnych, poprzez zabezpieczenia finansowe, aż do naszej pobożności. Wszystko to się rozpadnie i rozpaść musi, obumrze, zgnije i nie będzie istniało. I to jest dobre. Dopiero, kiedy to się stanie, może nadejść Nowe Królestwo.

W człowieku – chyba na każdym etapie rozwoju – jest taka tendencja, by to, co aktualnie sobie zbuduje, uznać za ostateczne i wiecznie trwałe. Poglądy, gesty czułości wobec bliskich, upodobania kulinarne, polityczne, sposób przeżywania wiary i Boga – wszystko to człowiek może uznać za absolutne. Z wszystkiego można chcieć zrobić królestwo, które w naszym mniemaniu będzie wieczne i trwałe. Wtedy to musi się rozlecieć, bo staje się czymś, za co się życie oddaje, a mamy je oddać za Boga, nie za bożków, nawet jeśli pobożnie oni wyglądają. To jest dokładnie to, o czym mówi Ewangelia.

Są ludzie, którzy się zachwycają pięknem swojej świątyni, tymi wszystkim skrupulatnie dokładanymi przez lata szczegółami, które mają potwierdzać słuszność ich twierdzeń. I Jezus stojąc przed taką budowlą mówi, że nic z tego nie zostanie. „To musi się stać”. Nie da się tego uniknąć. Owszem, można – kiedy się wali – stawiać podpory, lać więcej betonu, udawać, że to twórcze jest, kiedy popękają ściany. Ale to jest jedna wielka ściema.

W „końcu” jest nasza szansa. W tych „małych końcach” – na dojrzewanie. W ostatecznym – na spotkanie z Nim. Dlatego Jezus i przy tym przypomina o tym, by się nie bać. Jego obecność jest gwarantem tego, że nic nam nie grozi. To „nic nam nie grozi” nie znaczy jednak sielankowego życia i braku jakichkolwiek trudności. Punktem wyjścia i dojścia musi być wiara w Boga.

SŁOWO