Zaznacz stronę

W różnych dyskusjach internetowych, ale nie tylko, spotykam się z ludźmi, którzy kochają używać słowa: zgorszenie.  Są zgorszeni na innych, albo coś ich gorszy, albo w końcu wydają wyrok o tym, że ktoś gorszy innych. Zauważyłem mechanizm polegający na tym, że bardzo często to zgorszenie pojawia się wtedy, gdy dotknie się uczuć tych ludzi, a mówiąc dokładniej, wtedy gdy nie radzą sobie z różnymi napięciami w sobie, które powoduje „przeciskająca” się przez różne mechanizmy obronne świadomość, że ich życie jest teatrzykiem odgrywanym na potrzeby innych ludzi.

Zazwyczaj pojawia się to wtedy, kiedy masz odwagę wyrazić inne spojrzenie na rzeczywistość od tego, które mają oni. Ten mechanizm włącza się także u osób, które każdą uwagę (również dotyczącą życia zawodowego) odbierają „ad personam”. Czasem mówią o zgorszeniu jakimś grzechem cudzym, np. czyimś życiem seksualnym, a tak naprawdę pod tym, co nazywają zgorszeniem, kryje się zazdrość.

Gdy powiesz takiemu człowiekowi, że to, co on czuje nie jest żadnym zgorszeniem, ale jego nieuporządkowanymi uczuciami, następuje eskalacja napięcia i kolejne określenia mówiące o tym, jak bardzo złym jesteś człowiekiem. Zawsze, kiedy nie przywiążesz sobie do szyi kamienia młyńskiego, by z nim skoczyć do morza, zostaje wylane na ciebie kolejne wiadro pomyj.

Tę samą sytuację i mechanizm widać w dzisiejszej Ewangelii. Jezus bardzo ostro kontruje swoich przeciwników. Mówi im prawdę o ich życiu, religijności, o tym, jak traktują innych, ale i Boga. I co? Wkurzają się na Niego: „obrażasz nas”, a Jezus wcale się nie wycofuje, by ich już więcej nie urazić, co więcej – dowala im jeszcze mocniej. Pewnie, że można ten fragment odczytać w kluczu: „to było do nich, a On był w końcu Jezusem i wiedział o nich sporo”.

Można, ale to będzie kolejny mechanizm obronny.

SŁOWO