Zaznacz stronę

Obudziłem się z dość kiepskim nastrojem. Świadomość tego jak bardzo znów nie staję na wysokości zadania, jak bardzo znów koleguję ze słabościami i poczucie swojej grzeszności – nie napawa mnie radością. Co rusz łapię na tym, że jestem już zmęczony ciągłym mówieniem sobie: jestem grzesznikiem. Chciałbym być czasem już bardzo mocnym człowiekiem. Moje poczucie grzechu nie jest tylko powiedzeniem grzecznościowym: „jestem grzesznikiem”, ale za każdym razem wysysa to ze mnie życie.

I w takim stanie siadłem dziś do EwangeliiZbliżali się do Jezusa grzesznicy, by Go słuchać. A na szemrali faryzeusze.

Grzesznik i faryzeusz – są we mnie równocześnie. Jest we mnie taka część, która chce grzesznika zatłuc, doprowadzić do stanu, w którym będzie już tak ociosany, że nie będzie grzesznikiem… a więc straci swoją potrzebę Zbawiciela. Jest taka część we mnie, która patrzy na grzesznika z podejrzliwością, bo jej się wydaje, że grzesznik kocha swój grzech, że dobrze mu w swoim grzechu. Jest tak część we mnie, która mówi grzesznikowi, że wyjście z grzechu to łatwa sprawa. Ot, kolejna decyzja w życiu, jak ta o kupnie marchewki. Faryzeusz we mnie wmawia mi, że nie jestem godzien siadać z Panem przy jednym stole, że to sprawi, że Pan – podobnie jak ja – będzie nieczysty, a kto chciałby stać się nieczystym.

Tak, nie tylko jestem grzesznikiem, któremu grzech rozwala nie tylko dobry nastój, ale i życie, ale jestem też faryzeuszem, który zabrania Panu przychodzić mnie zbawić. Co znaczy zbawić? Dziś znaczy to wspólne jedzenie. Pan chce ze mną jeść. Niekoniecznie chodzi tu o ucztę w Królestwie Niebieskim czy Eucharystię, ale chodzi o coś bardzo codziennego, zwykłego, banalnego. Chodzi o moje codzienne życie. Chce je przeżyć ze mną.