Zaznacz stronę

Bardzo lubię ciężkie spowiedzi, po których mogę z kogoś zdjąć, nie swoją mocą, ciężar. Lubię ten moment, kiedy mogę powiedzieć: nie musisz już tego nieść.

Każdy z nas jest dla kogoś przewodnikiem. Mamy przyjaciół, kolegów, małżonków i inne osoby, które kochamy: dzieci, rodziców, wychowanków. Wszyscy żyjemy w relacjach. I właśnie w tych relacjach, nawet jeśli bezpośrednio od kogoś zależymy, jesteśmy odpowiedzialni za życie drugiego człowieka. I w każdej tej relacji możemy na drugiego nakładać ciężary. Ciężary praw, nakazów czy naszych wizji ich życia. Często ludzie obarczają innych swoimi frustracjami, niezrealizowanymi pomysłami na swoje życie. Ilu rodziców gwałci wolę swojego dziecka w imię lepszej przyszłości, tylko dlatego, że nie mogli sami czegoś zrobić? Ilu księży nakłada nieskończone ilości przepisów moralnych na ludzi, którzy przychodzą do nich po radę, do spowiedzi? Ilu nauczycieli wymaga od swoich podopiecznych niestworzonych rzeczy, tylko dla tego, że ich dyrektor też od nich wymaga? Ilu mężów oczekuje od swoich żon całkowitej uległości? Ile żon stawia swoim mężom tak wysokie poprzeczki, że ci uciekają w relacje z innymi kobietami?

Możemy te ciężary też zdejmować. Wierzcie mi, to jest dopiero frajda. Zdjąć z człowieka ciężar niepewności, zaniżonej samooceny czy zwątpienia. Powiedzieć człowiekowi zmęczonemu, że ma prawo do zmęczenia, do zwątpienia, do emocji, łez. To jeden aspekt tego dzisiejszego Słowa.

Często zadaje sobie pytanie, dlaczego to, co robię i kim jestem, nie przynosi spodziewanych owoców? Dlaczego ludzie, z którymi pracuję, do których mówię, wśród których żyję, nie idą za Panem. Słowo daje mi odpowiedź. Do was, kapłani, odnosi się następujące polecenie: Jeśli nie usłuchacie i nie weźmiecie sobie do serca tego, iż macie oddawać cześć memu imieniu, to rzucę na was przekleństwo dlatego, że sobie nic nie bierzecie do serca. Wy zaś zboczyliście z drogi, wielu doprowadziliście do sprzeniewierzenia się Prawu.

Można wpaść w taką pułapkę, że ten rodzaj życia jest czymś w rodzaju pracy. Pójść do szkoły, sprawować sakramenty, mówić dobre kazania, być kierownikiem duchowym, proboszczem. Zrobić swoje, może nawet bardzo dobrze, a później wrócić do swojego życia, które nie zawsze musi iść w parze z tym, co przed chwilą robiłem. Można być super księdzem i nie prowadzić ludzi do Boga. Można znać sztuczki, dzięki którym ludzie będą cię podziwiali, albo ci współczuli. Można ludzi kokietować. Efekty są piorunujące. A równocześnie można nie mieć w sobie nic z księdza, który prowadzi do Boga.

Jeśli nasze bycie dla innych przewodnikiem, w jakiej bądź relacji, zależności nie przynosi owoców,  to czas zobaczyć na ile jestem świadkiem, a na ile tylko urzędasem?

To Słowo mówi też o tym, że żaden przewodnik, wychowawca, rodzic, ksiądz, pracodawca, przyjaciel, mąż, żona, nie jest absolutny i na wieki. Jeden jest taki – Bóg. To niby oczywiste, ale zobaczcie ile stwarzamy takich relacji, w których próbujemy innych zagarnąć dla siebie. Pokazujemy innym, że jeśli będą żyli tak, jak my chcemy, to będą szczęśliwi. Nawet z modlitwą o nawrócenie kogoś bywa tak, że bardziej nam zależy na naszym dobrym samopoczuciu, niż na tej osobie.

Nasze przewodzenie ma mieć następujący fundament: wszyscy braćmi jesteście. Nawet jeśli, ktoś mówi do mnie: księże, mówi do ciebie: profesorze, dyrektorze, mamo, tato, nauczycielu, to zawsze pamiętajmy o tym, że mówi to taki sam człowiek jakim jesteśmy my. To działa także w drugą stronę. Zawsze zwracając się do kogoś z tytułem, warto pamiętać, o tym, że to tylko człowiek. Nie muszę się mu podlizywać, nie muszę wymyślać pięknych słówek. Jeśli tak robimy to tylko dlatego, że się boimy. A my nie musimy się bać.

Warto wychodząc dziś z tego kościoła na nowo przypomnieć sobie, że mamy do odegrania istotną rolę. Każdy i każda z nas. Otrzymaliśmy zadanie tylko dla nas. Nie dajmy sobie odebrać chwały, którą daje nam Bóg, siły którą nam daje, do spełnienia naszego zadania.

Nie musimy się nad innymi wywyższać, ani ich poniżać. Mamy być sobą. Znając swoją wartość, godność robić to, co do nas należy, nie zapominając, że inni też mają swoje zadanie. Że nie jesteśmy mistrzami i najważniejszymi osobami na świecie. Bóg Nią jest. I dla nas i dla tych, za kogo jesteśmy odpowiedzialni. Nie słuchajmy tych czytań tylko w odniesieniu do tych, którzy są na tzw. świeczniku. Wtedy się nie nawrócimy. To my mamy się nawrócić, czyli zmienić myślenie. Nie oni, a my.

Mamy wszystko czego nam potrzeba. Nie bójmy się. Historia naszego życia jest pełna brutalnych ataków na nasze życie i serce, ale nie bójmy się. On jest z nami. JEST!

SŁOWO