Zaznacz stronę

Czasem do mojego zakutego łba wchodzi strasznie pyszna myśl, że jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia i że moje słowo coś znaczy. Daję się podpuścić pokusie i wchodzę w wewnętrzne dialogi, które utwierdzają mnie w mojej moralnej lepszości, posiadaniu racji i byciu oświeconym. Tak na serio mam. Mieszkałem przez ponad cztery lata na Małym Rynku w Krakowie. Z jednej strony to na prawdę super miejscówka – wszędzie blisko, centrum miasta, zawsze (o każdej porze dnia i nocy) jest tu życie. Z drugiej to jedno z najgorszych do mieszkania. Harmider nigdy się tam nie kończył. W tym miejscu miasta nie było czegoś takiego jak spanie przy otwartym oknie (bynajmniej nie z powodu smogu) czy odpoczynek przy dźwiękach ćwierkających ptaków. Słyszałem opowieść o jednym moim współbracie, który przed laty wyszedł pod swoje okno, by zapłacić człowiekowi sprzedającemu kasety magnetofonowe (hitem wtedy była papieska płyta: Abba Pater) za nie puszczanie w kółko tego samego. Często pod naszymi okanami pojawiali sie gitarzyści i grajkowie wszelacy, często – czy tego chcieliśmy czy nie – bywaliśmy biernymi świadkami burd, złorzeczeń i tego wszystkiego, co przynosi takie miejsce jak okolice Małego Rynku. Jednak od lat w tym całym hałasie był jeden stały punkt. Grajek. Człowiek grający po przeciwnej stronie naszej kamienicy. Pieśni patriotyczne, kolędy, pieśni kościelne. Bez względu na pogodę, on zawsze pojawiał się o tych samych godzinach i zapodawał swój stały repertuar, tak stały, że nawet fałsze pojawiały się w tych samych momentach. Przyznaję się nieraz na niego się wściekałem, prowadziłem wewnętrzne dialogi (albo raczej monologi) na temat tego, co temu człowiekowi wygarnę, kiedy w końcu zbiorę się na odwagę by do niego podejść. Wiem, że inni mieli podobnie, ale ten wpis jest o moim wstydzie. Wyjechałem z Krakowa ponad trzy tygodnie temu. Teraz tęsknię za hałasem (wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma), za folklorem Małego Rynku. W tym wszystkim zapomniałem o istnieniu Pana Zbyszka (dziś się dowiedziałem jak ma na imię), przestał w mojej świadomości istnieć. W Krakowie działa grupa świetnych ludzi prowadzą stronę na FB: Zupa na Plantach (zajrzyjcie koniecznie)- gotują zupę, którą później rozdają głodnym na Plantach. Przy okazji rozmawiają z ludźmi, ubierają ich – dają im po prostu swoje człowieczeństwo. I dziś ta ekipa wrzuciła na swoim fanpage’u zdjęcie i krótką relację z ich kolędowania. Kiedy przeczytałem opis zdjęcia trzepnęło mnie bardzo mocno. Okazało się, że głównym kolędnikiem jest właśnie Pan Zbyszek, którego tyle razy w moich myślach przekreśliłem. Zawstydziłem się mocno. Od dwóch dni zbierałem pomysły na kolejny wpis, który tak naprawdę miał być małą aluzją do człowieka, z którym mi nie po drodze, każdy zaczęty pomysł lądował w koszu, czułem, że nie mogę pisać. W między czasie pojawił się ten post właśnie. I wszystko stało się jasne. Po raz kolejny zostałem przez życie „postawiony do kąta”. Po raz kolejny z całego mojego blichtru ostał się jeno wstyd z powodu tego, że okazuję się często niczym innym jak nadętym pychą cymbałem brzmiącym. Panie Zbigniewie – choć wiem, że Pan tego nie przeczyta – bardzo Pana przepraszam. Stał się Pan dla mnie dziś człowiekiem – symbolem, tych wszystkich, którzy w moim sercu zostali osądzeni i przekreśleni. Pana obecność na kolędowaniu, pokazała mi jak wiele jest w moim codziennym księdzowaniu – pychy i stawiania siebie i swojego świętego spokoju w centrum.

Wsparcie pieniężne można wysyłać na: WSPÓLNOTA CHLEB ŻYCIA 02-220 Warszawa, Łopuszańska 17. Indywidualny numer konta dla Zupy na plantach to: Nr konta 08 8004 0002 2001 0000 1270 0007. W tytule przelewu należy wpisać: „zupa na plantach”.