Zaznacz stronę

Ewangelia mówi, że Jezus wystawił swoim pytaniem Filipa na próbę. Nawet jeśli tak było i Jezus wiedział, co ma robić, to zobaczcie: to, co zrobił Filip i reszta, było wielkim wyzwaniem. Jezus nie rozmnożył najpierw chleba w wielkim magazynie, oni cały czas rozdawali to co mieli, to się po drodze rozmnażało. To było jakieś szaleństwo brać w tym udział. Nie wiem, czy byśmy to zrobili. Ta Ewangelia – tak ją odczytuję – nie jest tylko ładnym obrazkiem do wiary w Boga. Ona jest wezwaniem do szalonej walki, do wielkiej przygody.

Odczytuję tak ten tekst dlatego, że nasze życie jest walką i jest wędrówką. Walczymy o dwie rzeczy.

Jedna to walka z tym wszystkim, co staje nam na drodze do uzdrowienia, do nawrócenia, czyli wychodzenia z naszych schematów, z naszego lękliwego myślenia, które przekłada się na różne nasze ograniczenia i głupie decyzje.

Druga to walka o cel. Naszym celem nie jest dobre życie, samopoczucie; to wszystko jest ważne, bo pomaga nam i innym, sprawia, że jest coraz lepiej na świecie, ale celem jest powrót do domu Boga.

Zdarza się, że źle rozumiemy tę walkę, że zaczynamy walczyć o to, by nam się żyło lepiej. Nie mam na myśli tylko i wyłącznie zdobywania tego, co konieczne. Ale często w imię zasad, które uznajemy za jedynie słuszne, walimy w cały – jak mówimy – zły świat.

Często to walka ze sobą. Idziemy na różne ustępstwa, wydzieramy samym sobie kolejne pola, by się nie zmęczyć, by się nie napracować, by dobrze się czuć tanim kosztem. I tak mamy całe rzesze ludzi, którzy nie prowadzą życia duchowego. Nie rozmawiają ze sobą, z Bogiem. Znam ludzi, którzy przez wiele lat nie przeczytali żadnej książki, nie posłuchali żadnej dobrej muzyki. Można bez tego żyć, tylko widać, jak jałowieją, jak ich życie sprowadza się do zaspokajania potrzeb.

To w pewnym momencie wiąże się z głupią walką z innymi. Wielu na mojej drodze staje się moimi wrogami, bo nagle czegoś ode mnie oczekują. I tak mamy ludzi, którzy cały świat próbują tak ustawić, by im było lżej. Od zewnętrznych spraw, jak choćby życie z najbliższymi, poprzez relacje z przyjaciółmi, współpracownikami. Dorabiając ładną ideologię, że oni się znają, że mają wiedzę, że wiedzą jak najlepiej zrobić, by wszyscy byli szczęśliwi.

I właśnie po to mamy niedzielę, by sobie znów przypomnieć, do jakiego rodzaju walki jesteśmy wezwani, i przede wszystkim, co jest celem.

Kiedyś usłyszałem od znajomej: wolę iść na pizzę z przyjacielem niż na Mszę. Wiecie – ja ją rozumiem. Rozumiem, bo jeśli przychodzę tutaj wysłuchać Mszy, może „jakiegoś kazania”, to też wolałbym iść z przyjacielem na pizzę. Bo tam przynajmniej jest życie, jest przeżycie. Naprawdę nadziwić się nie mogę, jak wielu ludzi żyje – nie żyjąc. Mają czasem marzenia, ale ich nigdy nie realizują, zawsze jest jakieś ale (pieniądze, dzieci, brak czasu, zły świat, zwalanie na charakter). Ludzie zatracają poczucie dobrego szaleństwa, pragnienie przygody i walki, i ustępują miejsca temu, czego nie cierpią z całej siły – rutynie. W imię świętego spokoju. Wracam do przykładu z moją znajomą. Powiedz – czego Ty dziś oczekujesz od tej Mszy, od Boga i w końcu od siebie samego? Powiedz, czy w ogóle czegokolwiek oczekujesz? Czy to kolejny raz, kiedy zgadzasz się na to, by jakoś to było?

Jezus dziś robi łańcuszek, zaprasza apostołów do niezłej zabawy. Panowie, mamy parę chlebków i rybek. Rozsadźcie ludzi na ziemi, wy stańcie w sznureczku i nakarmimy wszystkich. Kapujecie, co by było, gdybym Wam powiedział to ja? Zaprośmy na parking ludzi i nakarmimy ich paroma chlebkami…

Co więc robi dziś Jezus z nami? Nic innego, jak to, że przypomina: chłopie, babo, jesteście zaproszeni do szalonego zadania. Do przemiany swojego myślenia i serca. Z schematu pt. to jest niemożliwe do działania szalonego. Spróbujcie od małych rzeczy, bez wielkich nakładów czasu i pieniędzy. Od codziennego małego kwiatka dla żony, od zmienienia czegoś w Waszym codziennym schemacie domowym. Może warto czasem zrobić jakiś kawał, pójść do kina, połazić nad morzem, popluskać się w błocie?

Nie wiem co. Wiem jedno, że jak siądziesz i zapytasz siebie, swojego serca, to się dowiesz. I nie bój się, że ktoś to źle odbierze, bo odbierze, ale walczysz o swoje życie, o cel, jakim jest Niebo. My będziemy umierać z nudów w raju, jeśli nie będziemy mieli frajdy z tego życia, jeśli nie będziemy się uczyli już dziś rozdawania wielkiej rzeszy ludzi kilku chlebków, a więc robienia rzeczy niemożliwych.

Chcesz wrócić do domu i znów udawać, że nic się nie stało? Czy idziesz na wojnę, dobrą wojnę o to, by być szczęśliwym, a przy okazji by szczęśliwi byli inni?

SŁOWO