Zaznacz stronę

Ewangelia twierdzi, że kiedy będziemy się modlić, to unikniemy strasznych rzeczy. A przecież ludzie się gorliwie modlą i one przychodzą… A może nie chodzi w czuwaniu i modlitwie, o których mówi Jezus o ochronienie swojego życia, ale całkiem o coś innego? A może w ogóle nie chodzi o to, co my rozumiemy przez słowo modlitwa?

W każdej miłości przychodzi rutyna. Wczoraj, tu przed ołtarzem, stali Dawid i Ola – wpatrzeni w siebie, mówiący głośno o swojej miłości do siebie. Wśród nas jest wiele takich par, które dawno temu stały przy ołtarzu i przeżywało to samo, chyba nie ma wśród nas osoby, która by choć raz nie powiedziała komuś kocham cię. A jednak zobaczcie, są wśród nas tacy, co przyzwyczaili się do miłości. Stała się ona dla wielu z nas wręcz ciężarem.

Nasza wiara jest czymś podobnym. Albo się gdzieś wypaliła, stała się może ciężarem, a może być też tak, jak w wielu relacjach z miłością – nigdy jej nie było.

To, że ludzie, którzy stali przed ołtarzem lata temu, dziś nie mają już żaru sprzed lat wcale nie musi być ich winą. To, że są wśród nas ludzie, którzy pomylili miłość z silnym uczuciem, nie jest ich winą. To, że nasza wiara stała się ciężarem, albo nigdy jej w nas nie było – nie jest winą. I to jest pierwsza rzecz na adwent: nie chodzi o poczucie winy czy samooskarżenie się. Uwierzcie mi – w Jezusie nie ma nic z tych rzeczy. Świetnie to rozumieli pierwsi chrześcijanie, którzy wołali Marna tha– Przyjdź Panie Jezu. Oni tęsknili za Nim, tęsknili za Jego Osobą, chcieli już Nim być.

I o to chodzi w tych trzech tygodniach – byśmy zatęsknili, odświeżyli miłość i wiarę.

Niektórzy, w których miłość zrutyniała, doznają pewnego dnia przebudzenia i próbują na nowo pokochać. Pokochać już nie tak piękną kobietę jaką była kiedyś, już nie tak silnego mężczyznę jakim był kiedyś. Są ludzie, którzy odkrywają drugiego na nowo. Albo jeszcze inaczej, widzą, że ta wieloletnia rutyna była właśnie miłością.

Obudźmy dziś, w sobie, tęsknotę, tak mocno. Z serca. A co nam szkodzi, zamknąć teraz oczy i powiedzieć Panu Jezusowi: Przyjdź już do mnie. Teraz właśnie, obudź moje serce do kochania. Nie wiem, co jest w waszym życiu, może bardzo właśnie kochacie, może właśnie bardzo wierzycie. A może już nie potraficie kochać i wierzyć. To, w tym momencie nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, by pozwolić sobie na szaleństwo tęsknoty.

Chcę teraz mówić do tych osób, które uważają, że to nie do nich mówię, do tych osób, które udają, że mnie nie słyszą, do tych, które skupiają się teraz na wszystkich głosach, byleby nie usłyszeć mnie, proszę was: pozwólcie sobie na Marana tha – na zatęsknienie za miłością i wiarą.

Zatęsknić to zobaczyć, że to, co obiecał Jezus w dzisiejszej Ewangelii – działa. Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego i stanąć przed Synem Człowieczym. To o miłość chodzi. Ona daje siłę do tego, że w najbardziej koszmarnym momencie jakim jest cierpienie i śmierć człowiek jest jakby ponad tym.

Gdzieś mniej więcej w połowie kwietnia zeszłego roku w Puckim hospicjum odchodził Pan Kazimierz – gołębiarz, samotny mężczyzna. Kilka dni przed śmiercią, koledzy przywieźli jego ukochane gołębie. Był z tymi i z tym, co kochał. Kiedy umierał byłem z nim, trzymałem swoją dłoń na jego sercu. Czułem jak jego serce przestało bić. Umarł w spokoju. Stanął przed Synem Człowieczym w spokoju. Nie uniknął cierpienia i śmierci, ale był spokojny. Bo kochał i był kochany. I wierzył w Jezusa. Nie był religijnym, a na pewno nie robił wielu rzeczy, które my robimy. On już tylko wierzył i kochał.

Adwent jest po to, by zatęsknić. I zawołać z serca: Marna tha!

SŁOWO