Zaznacz stronę

blog_ed_4360129_6291772_sz_golab

SŁOWO

W sześć tygodni po Wielkanocy można już zapomnieć o tamtych wydarzeniach. Przejść nad nimi do porządku dziennego. Oczywiście po każdej śmierci czy odejściu trzeba wrócić do życia. Jednak z drugiej strony dobrze czujemy, że jeśli ktoś bliski odszedł to już wszystko jest inne. Nie gorsze, ale inne.
Po świętach trzeba było wrócić do życia. Jednak nie do końca.
Po to Chrystus umarł i Zmartwychwstał, abym miał życie. Nie tylko życie wieczne, ale także życie tu na ziemi. Życie w pełni. On mówi dziś o posłaniu Pocieszyciela Kogoś, kto swoją obecnością ma sprawić radość w nas.
Dobrze się słucha zachęt do radości, ale włączają się też we mnie pytania związane z codziennością.  Jezusowi chodzi o radość, która wypływa z tego, co widzę patrząc na jedność Jego i Ojca. Trzeba to przełożyć na nasze relacje. Moja radość to nie ma być samo-zadowolenie, ale umiejętność szukania dobra w drugim. Z tego właśnie rodzi się radość, którą przynosi Pocieszyciel. Ta radość wypływa z dźwigania ciężarów innych. I znów nie chodzi o wielkie rzeczy. Czasem starczy, jak kogoś nie obgadam i w ten sposób nie dołożę się do zła, jakiego ta osoba i tak doświadcza w swoim życiu. Radość wypływająca ze Zmartwychwstania, z przyjścia Pocieszyciela, to nic innego, jak przemienianie mojej codzienności.
Jezus mówi o pokoju. Wszyscy o nim mówią. Politycy, ludzie Kościoła. Wszyscy chcą go rozumieć po swojemu i stawiają warunki. I to nie tylko ci najwięksi w tym świecie, ja też. Ile razy było już tak w moim domu, że mówiłem, czy raczej dałem do zrozumienia bliskim, że (w domu) będzie pokój pod warunkiem, że cała reszta się do mnie dostosuje? Jednak taki pokój okazuje się bardzo kruchy. Wystarczy małe nieporozumienie i wszystko się sypie.
Nie ma sensu, bym myślał o tych wstrętnych politykach z rządu, czy spoza niego. Myślę o relacjach, w których ode mnie dużo zależy. Jeśli ważny jest dla mnie testament Jezusa, to muszę zmienić moje myślenie o pokoju. Muszę się nawrócić. Zobaczyć, że to moje dążenie za wszelką cenę do świętego spokoju wynika nie tylko z mojego egoizmu, ale z tego, co dziś demaskuje Jezus – z lęku.
W szczerości przed samym sobą muszę przyznać się do tego czego się boję, do moich lęków, by odkryć, że to one są często motywem mojego głupiego gadania i działania.
Nie tak jak daje świat, Ja, wam, daję pokój. Chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego ze świętym spokojem. Ono jest raczej świętym niepokojem. Dzień w którym odkryję, że moje życie jest już spokojne, ułożone, takie akuratne, to będzie początek, mojego końca. To dzień, od którego zacznie się moje patrzenie spode łba na innych, moje szukanie kompromisów, byleby tylko mi było dobrze.
Nie chcę żyć w świętym spokoju, na zasadzie jakoś to będzie.  Jezus dzisiaj stawia warunek. Ostre są te słowa Pana.
Dziś muszę zakwestionować moją miłość do Niego. Może ja Go, nie miłuję, tylko się Go boję? Jeśli tak jest, to żyję w schemacie pokoju światowego, a więc kompromisu. Również z Bogiem. Ojcu zależy na mojej miłości. A w miłości jest szaleństwo, jest ruch, jest święty niepokój.