Zaznacz stronę

Miłość Chrystusa przynagla nas. Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Chrześcijaństwo, w którym staramy się być coraz bardziej świadomie, jest czymś, co ciągle jest w ruchu. Nie jest zastygłą lawą, którą można oglądać dziś i za sto lat, i będzie tak samo wyglądała. Jest w nas taka pokusa, by nic nie zmieniać.

Kiedyś byłem na weselu. Wiadomo jak to jest, kiedy pojawi się ksiądz na takiej imprezie. Ludzie zaczynają opowiadać kawały związane z Kościołem, opowiadać o winie mszalnym itd. Za każdym razem te same pytania, o dyspensy, seks, czy trzeba zawsze latać do spowiedzi przed Mszą Świętą i jak by tu zakombinować, by tak naprawdę Bogiem się nie przejąć. Zobaczcie, uczymy się żyć w takim małym schemaciku, który sobie wypracowaliśmy. Mówimy o paciorku, bozi, jajeczkach na święta. Włącza się nam co rusz ta nasza duchowa schizofrenia polegająca na tym, że choć mówimy o sobie wierzący, to jednak nieumiejący lub niechcący rzeczywiście Bogiem żyć na co dzień. Bez mitów i tych dziecinnych tekstów. Jestem przekonany, że to nie jest świadome działanie. To kolejne zwycięstwo złego, który tak nam będzie podpowiadał o Bogu, że utworzymy sobie w końcu Jego karykaturę. Wtedy już łatwo o Niego nie walczyć, uczynić z Niego mebel nieistotny, choć czasem dobrze Go wyciągnąć, by ludziom pokazać. Tymczasem miłość Chrystusa ma nas przynaglać, odnawiać, stwarzać wszystko ciągle na nowo. Ciągły ruch. Jakby codziennie się budzić i zaczynać wierzyć z rana, od nowa. Jakby ciągle, na nowo się zakochiwać, zadziwiać. Jak ci apostołowie w łodzi. Wielce zadziwieni, że Jezus śpi. Zadziwieni Jego spokojem, brakiem reakcji.

Wypłyń na głębię, to nic innego, jak daj się w końcu porwać. Nie siedź w porcie, przy brzegu. Idź na całość. Uwierz w końcu. Pan myśli i działa inaczej. Nie znaczy to, że nie obchodzą Go burze na morzu naszego życia, tylko może nas one obchodzą za dużo. Zobaczcie, ile w naszym reagowaniu, działaniu jest strachu i lęku.

Najpierw sami apostołowie, rybacy przecież. W ich kulturze morze było symbolem ciemności, zła. Sił nieopanowanych. Jednak wypływają, bo muszą z czegoś żyć. Przełamują lęk. Zobaczcie, jak często stoimy sparaliżowani wobec tego, czego się boimy. W naszych relacjach, w naszych planach. Trzeba wejść do łódki i wypłynąć. Inaczej – stojąc na brzegu i przyglądając się tylko – niczego nie doświadczymy, nie osiągniemy. Wyjdź ze swojego bezpiecznego portu, czymkolwiek on jest (nieodzywanie się, kiedy trzeba, wyjazd na rekolekcje, nowa relacja, rozmowa z współmałżonkiem, z rodzicem). W porcie, nie wypływając można spędzić całe życie, ale nie udawajmy, że żyjemy pełnią.

Jezus. Jeśli wziąć morze, burzę na nim jako symbol zła właśnie, to daje nam dobrą wskazówkę. W przeciwieństwie do apostołów inaczej zachowuje się wobec morza: nie wchodzi z nim w żaden dialog, bo ze złem się nie paktuje, nie rozmawia. Krótkie, stanowcze milcz, ucisz się sprawia cud! Czy tylko On tak może? Nie. Ty też możesz. Ale to musi być stanowcze i jednoznaczne. I konsekwentne. Jak mówisz wierzę, to wierz. Jak mówisz kocham, to kochaj. Jak mówisz tak, to myśl tak. Zły duch odchodzi tylko wtedy, kiedy jesteśmy stanowczy. Jeśli wchodzimy w dialog, to padniemy, to kwestia czasu. I nie ma się co oszukiwać, że jesteśmy na tyle silni, że damy radę.

Pojawia się dziś i Hiob. Znamy jego historię. Historię człowieka doświadczonego do granic możliwości. W obliczu takich doświadczeń mamy jak zawsze wybór. Albo wierzyć będziemy jak Hiob, że jednak, pomimo wszystko, Bóg jest Panem tego życia. Albo wierzyć na modłę szatana, który podpowiada, że wszystko jest bez sensu, bo Bóg bawi się nami. Jednak do tego wyboru trzeba odwagi i decyzji. Odwagi, która polega na wybieraniu tego, co jest dobre. A nie na wrzucaniu wszystkiego do jednego worka. Hiob był człowiekiem bezkompromisowym do bólu. W przeciwieństwie do swojej żony, która w obliczu trudności namawiała go, by Boga porzucił. Ile razy ja porzucałem Boga i Jego myślenie, choćby w tym tygodniu? W małych rzeczach. Obserwuję młodych ludzi, którzy potrafią czasem zostawić Boga, przyjaciół z boku, a powiedzieć, że będę wierny ukochanej, ukochanemu. To jest samookłamywanie się. Uczenie się, że można z niektórych ważnych rzeczy zrezygnować na moment. Można, tylko jaka jest gwarancja, że ucząc się takiego sposobu życia, nie zostawisz swojej ukochanej jutro, z boku?

Wypłyń na głębię i nie kombinuj, bądź bezkompromisowy do bólu, do końca, by wszystko było ciągle od nowa nowe.

SŁOWO