Zaznacz stronę

Dwa podejścia. Ludzkie i boskie. 

Trędowaty w starożytności musiał być izolowany, wyrzucany poza społeczeństwo. Zamieszkiwał tereny pustynne, cmentarze. Jego wygląd, ubranie, fryzura musiały być na tyle inne, żeby reszta społeczeństwa z daleka wiedziała, że zbliża się niebezpieczeństwo. Do tego musieli dzwonić dzwoneczkami lub krzyczeć z daleka, że są trędowaci. Każdy, kto zbliżył się do trędowatego nie tylko był zagrożony zarażeniem, ale także sam stawał się nieczystym, czyli czasowo wykluczony ze społeczności wierzących, a wtedy równało się to ze społecznością.

Możemy się na to, w XXI w. oburzać, ale nie znano lekarstw na tę zakaźną chorobę. 

Jezus znając przepisy Prawa, po raz kolejny, nie tyle je łamie, co pokazuje, że trzeba je wypełnić miłością. Trędowaty zbliża się do Jezusa, choć nie powinien tego robić, a Jezus z kolei nie ucieka przed nim. Uzdrawia go. Pozwala temu wykluczonemu z społeczeństwa przyjść do siebie. Naraża siebie na chorobę i na wykluczenie. 

W Kościele często słyszymy taką narrację, że grzech to trąd, czyli coś, co sprawia, że człowiek jest odrzucany poza wspólnotę, co go naznacza. Ale często pod słowo trąd wrzucamy wszystkie nienormalności, które nie mieszą się w naszej (religijnej) głowie. To mogą być osoby żyjące w ponownych związkach, ludzie z mniejszości seksualnych, chorzy psychicznie lub fizyczne, którzy w wielu powodują dyskomfort, osoby w kryzysie bezdomności, to może być taki czy inny ksiądz, albo uczestnik strajków kobiet. To może być biedniejsze dziecko w szkole, pracownicy niższego szczebla w firmie. To generalnie ludzie, których w społeczeństwie lub w naszym myśleniu wysyłamy daleko poza nasz świat. Boimy się ich. 

Wtedy uważano trąd za oznakę grzechu. A przecież wcale nie trzeba było zgrzeszyć by się zarazić, wręcz przeciwnie, można było czynić dobro – pomagając innym, żeby doszło do zarażenia. Łatwo komuś przypiąć łatkę grzesznik albo wielki grzesznik, odmówić modlitwę za jego nawrócenie, a później dodać: no tak, nie chcesz się nawrócićJa jestem czysty w swoim sumieniu

Jezus nie boi się podejść do trędowatego. On nie wyklucza, nie naznacza, ryzykuje, a to właśnie prowadzi do uzdrowienia. Co ciekawe, uzdrowienie nie znaczy, że człowiek ów staje się w działaniu taki jak chce Jezus. Nie słuch Go i rozpowiada, co zaszło. 

Ta dzisiejsza Ewangelia wyraźnie pokazuje, co robić i jak się zachować wobec współczesnych trędowatych (i niekoniecznie obiektywnie nimi są, ale przede wszystkim wobec tych, których uznajemy w naszym myśleniu wobec nich). Mamy do nich podchodzić i chcieć ich uzdrowić. Nie chcieć, by sami siebie uzdrowili, by się naprawili. Chcieć ich uzdrowić to wyjść ze swojego poczucia bezpieczeństwa ku drugiemu człowiekowi. 

SŁOWO