Zaznacz stronę

2193327SŁOWO
Abram był człowiekiem w starszym wieku, ustabilizowany, miał żonę, posiadłości, pieniądze. Był w tych wszystkich zwykłych sprawach, w których jesteśmy lub do których dążymy. Osiągnął wszystko, co mężczyzna może osiągnąć. A jednak w jego sercu było coś, co kazało mu nasłuchiwać i w końcu usłyszał głos Boga.
Z nami może być podobnie, jesteśmy na różnych etapach naszego życia. Jedni czują się spełnieni, drudzy ciągle do czegoś gonią, jeszcze inni, patrząc na swoje życie, zadają sobie pytanie: o co w nim chodzi i do czego to wszystko zmierza? Pamiętamy, że gdzieś tam na początku naszej drogi, jakakolwiek by ona nie była, na początku tego, w czym dziś jesteśmy było dużo entuzjazmu, planów i marzeń. Później pojawiło się zwykłe zmęczenie i znużenie czy wręcz zagubienie celu.
Nagle, nie wiadomo skąd pojawia się głos, lub znak, że przecież jest cel i coś więcej niż szare, codzienne zmaganie się z wiatrakami. Ten głos pojawia się w dziwnych momentach, ale one zawsze mają wspólny mianownik – ciszę. Pojawia się on wtedy, kiedy nasze serce ma możliwość słuchania.
Często zagłuszamy je mówiąc, że się nam zdaje, że nie dla mnie te fantazje o żyć inaczej, że OK, ale innym razem; zwykły ludzki lęk przysłania wszystko, co mogłoby być wyjściem w nieznane.
A on wraca, bo jest głosem Ojca i mówi: wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię.
Bóg jest uparty, ciągle nas wygania z ciepłych, znanych posadek. Czyni tak bo wie, że dał nam serce, które źle się czuje w stagnacji.
Warunkiem przygody jest wyjście w nieznane. Niekoniecznie musi to być wyjazd na koniec świata. Tym wyjściem może być zgodzenie się na to, czego dziś nie rozumiem, a co dzieje się teraz i jest kompletnie nie pasujące do mojego życia.
Abram wyszedł ze swojego miasta, by już nigdy do niego nie wrócić, stał się wędrowcem. Może właśnie o to chodzi, by w tym, co przeżywam z pozycji mieszkańca miasta, a więc stabilności, wejść w logikę wędrowca. Kogoś, kto nie szuka wygód, ale chce żyć i iść dalej do celu.
Podczas wędrówki okazuje się, że nie potrzeba nam wielu podpórek i wygód, z których korzystamy każdego dnia. Potrafimy złapać dystans do naszego wyglądu, nawet tego, że się pocimy i śmierdzimy, do tego co i jak jemy, do naszego zmęczenia, a przede wszystkim do wszystkich tak zwanych wielkich codziennych problemów.
Co jest celem naszej codziennej wędrówki? Odpowiedź jest w dzisiejszej Ewangelii. Apostołowie doświadczyli wielkiej sprawy – Przemienienia. Zachwycili się tym swoistym cukierkiem, który dostali. I to tak bardzo, że nie usłyszeli tego, co zostało tam powiedziane. Zatrzymali swoją uwagę na tym, co zmysłowe i co miało być tylko pomocą do zrozumienia słów i tego, co z Jezusem się dzieje. Zakończeniem wydarzenia na górze była śmierć Jezusa i Jego kompletne poniżenie. W tym celu padły tam najważniejsze słowa skierowane do Jezusa i w konsekwencji do nich.
Te słowa mówią nic innego, jak to, że Bóg się w tobie rozkochał, że ciebie wybrał i ciebie chce, jako towarzysza i współwojownika.
Tylko, ktoś kto to usłyszy, będzie mógł wyruszyć i inaczej popatrzeć, na swoją codzienną drogę. Już nie, jak na coś statycznego, ale rzeczywistość pełną dynamizmu, która wcale nie musi być przekleństwem, a może być wyzwaniem. Czasem bolesnym.
Celem jest moment w którym powiemy sobie i Bogu: dobrze, że tu jesteśmy, dobrze, że w tym momencie mojego życia jestem. Zobaczenie, że to wszystko, co się dzieje ma sens i jest drogą, ku czemuś.
To do ciebie są te słowa: weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! Weź się zmęcz, weź się pobrudź, pozwól sobie na smród wędrowca, na to wszystko, co jest życiem w drodze. Na ryzyko.
Wejść na górę w swoim życiu, by móc w końcu powiedzieć, że dobrze mi z tym życiem jest, bo jest Bóg w nim obecny, wymaga zmęczenia się. Wejścia na górę właśnie.