Zaznacz stronę

W poparciu (niektórych) środowisk katolickich dla Trumpa nie chodzi o jego chrześcijańskie życie czy moralność wypływającą z tegoż. Wiemy, że to, co Trump pokazał w sferze publicznej jest dalekie od nauki katechizmu. Zaryzykuję tezę i powiem, że w owym poparciu chodzi o jeden element: słynny już mur oddzielający „nasze Stany” od tego biednego Meksyku.

I to jest przerażające, że dla wielu z nas „mężem opatrznościowym” staje się ktoś, kto chce budować mur, w niespełna 30 lat po zburzeniu murów u nas, w Europie. Okazuje się, że prosiliśmy przez kilkadziesiąt lat Boga o wolność tylko po to, by móc teraz biedniejszym powiedzieć: radźcie sobie sami, my już swoje przeżyliśmy.

Kiedy przybywały do nas TIRy pełne darów i gdy przyjmowano naszych w zachodnich krajach, nikt tam nie wyciągał pobożnych książek z opisanym „porządkiem miłości”, ale jak wiemy, nawet dzieci dokładały się do wielkich paczek dla dzieci z Polski i innych krajów.

Trump jest kochany, bo w końcu pojawił się człowiek na wysokim stanowisku, który powiedział w imieniu mas: nie trzeba pomagać, trzeba się zatroszczyć o siebie. A kiedy masy słyszą taki głos, wtedy czują się usprawiedliwione.

Jezus nigdy nie powiedział: troszcz się przede wszystkim o siebie, a później, jak coś ci zostanie – daj innym. Wręcz przeciwnie mówił: trać życie z mojego powodu. Można nie pomagać – każdy może podjąć taką decyzję, ale nie można tego nie robić powołując się na chrześcijaństwo.

Zwykło się ostatnio mówić, że ci którzy nawołują do pomocy uchodźcom, w tym Franciszek, są populistami. A ja powiem, że jest na odwrót: to właśnie ludzie rzucający hasła o tym, że trzeba się chronić, budować zasieki, mury i obostrzenia są populistami. Oni dobrze wiedzą, że tzw. lud jest egoistyczny, że lud nie chce się dzielić, że ludowi wystarczy w odpowiedni sposób powiedzieć: jeśli ich tu wpuścimy to stracicie swoje wygody, swoją wygodę, która i tak nie jest jakimś luksusem. Dlatego lud wybiera dziś populistów na przywódców, bo oni doskonale zdają sobie sprawę, że społeczeństwa nie są chrześcijańskie. Lud wybiera sobie także takich przywódców duchowych, którzy wspaniale potrafią, wykorzystując nie tylko pozycję w Kościele, ale i tytuły naukowe, wyjaśnić ludowi, że można nie kochać nieprzyjaciół i biednych, bo to nie są nasi wrogowie i nasi biedni. A lud to kupuje, nie dlatego, że to jest prawda, ale dlatego, że to jest wygodne; dlatego, że to pozwala nam dalej pławić się w naszym nędznym bogactwie.

A kiedy w tym wszystkim Franciszek mówi: nie możemy się bać, musimy budować mosty, a nie mury, to najłatwiej powiedzieć: to komunista, to „pomyłka na Stolicy Piotrowej”, zajmuje się nie tym czym powinien, on nie zna się na ekonomii i polityce. Robi się z niego niegroźnego starego pacyfistę, którego trzeba przeczekać, a później wrócić do starego schematu.

Dziś wystarczy stanąć na podeście i krzyczeć w niebogłosy o zagrożeniach. Okazuje się, że nie trzeba wcale szukać nowych. Stare hasła o: Żydach, masonach, antychrześcijańskich mediach – ciągle mają wzięcie. Jest tak, bo lud nie potrzebuje faktów, lud potrzebuje emocji, krzyków i przyklejonych łatek przez wybrańców. No, bo skoro oni tak mówią, a myśmy dali im mandat, to znaczy, że tak jest. I tak o to zatoczyliśmy koło. Jest popyt, jest i podaż. Wszyscy są zadowoleni. Wszyscy poza jednymi: zostali ci za murami.

Można, drodzy populiści, odetchnąć z ulgą – zamknęliśmy wczoraj bramy miłosierdzia. Można wyjąc z szaf „sprawiedliwość”, „porządek miłości”, a przy okazji zasieki i pały i możemy znów bezpiecznie zamknąć do szaf „uczynki miłosierdzia”. Możemy już odetchnąć, bo chyba nic gorszego niż Rok Miłosierdzia, Franciszek nie wymyśli, nie będzie nas też niepokoił, a jesli będzie mówił o zejściu z kanap to już nie u nas, ale daleko, w Panamie.  Można już ogłosić „śmierć wrogom ojczyzny” i później powiedzieć, że gromadzi nas (święta) Ewangelia, a Bóg jest z nami. Można. Tak naprawdę człowiek może wszystko. Nawet zabić Syna Bożego. Ale to już było.

 

Słowa: lud i masy są ironiczne.