Zaznacz stronę

Sześć lat temu, gdzieś w Polsce, prowadziłem rekolekcje dla kilkunastu osób. Podczas nich pierwszy raz usłyszałem nazwisko Dymer. Wtedy wysłuchałem historii o tym jak złe rzeczy miał wyrządzić jednemu z uczestników tych rekolekcji.

Od tamtej pory, co jakiś czas nazwisko tego księdza pojawia się, za pośrednictwem mediów, w mojej świadomości i za każdym razem otwiera się księga z zapisaną krzywdą, którą wyrządził Uczestnikowi rekolekcji. 

Obejrzałem reportaż Sebastiana Wasilewskiego, po tytułem: Najdłuższy proces Kościoła. Wszystko, co zobaczycie Państwo w tym reportażu od jakiegoś czasu pokazują już media, w tym Więź, do której lektury serdecznie zachęcam. 

To, co mocno mnie dotknęło w reportażu Wasilewskiego to osoby trzech zakonników, którzy w filmie dają twarz i nazwiska. O. Tarsycjusz Krasucki – franciszkanin, który jako chłopak był molestowany przez ks. Dymera oraz o. Marcin Mogielski i o. Józef Puciłowski – obaj z zakonu kaznodziejskiego, którzy przed laty bronili (i dalej to robią) ofiar. 

Dziś Tarsycjusz, po latach jest oskarżony przez Dymera o zniesławienie. Sprawca stał się oskarżycielem. Nie dość, że Tarsycjusz całe swoje życie nosi potworną traumę, sam dając twarz Kościołowi, jest też ofiarą jedną z twarzy Kościoła. Kiedy patrzyłem na Tarsycjusza zastanawiałem się nad tym, ile jest takich ofiar w Kościele oskarżanych przez sprawców albo ofiar, które wylatywały z seminariów czy zakonów, a ich sprawcy mają się dobrze. Znam byłą siostrę zakonną, która po zgłoszeniu swoim przełożonym, że kapelan ją molestuje, najpierw została przeniesiona, a później doprowadzona do takiego stanu (poprzez insynuacje i niedowierzanie przełożonych), że odeszła. On dalej jest poważanym kapłanem. Znam byłego zakonnika – kleryka, który był wykorzystywany przez swojego przełożonego. Kleryk otrzymał dymisję z zakonu, przełożony ma się dobrze. Został wprawdzie odsunięty od pracy z ludźmi, ale nie poniósł żadnej kary. Trudno nazwać karą odsunięcie od funkcji kościelnych. nie jest nigdy karą za przestępstwo. Odsunięcie od funkcji albo od sprawowania czynności wynikających z święceń, jest zwykłą przyzwoitością, ale nie karą. 

Dominikanie z reportażu, a szczególnie o. Marcin, pokazują bezradność, która jest w wielu osobach w Kościele. Bezradność wobec opieszałości działania odpowiedzialnych, wobec naigrywania się z ofiar i ludzi, którzy próbują im pomóc. 

Jest doświadczeniem wielu, bezradność wynikająca z tego, że kiedy dzieje się zło, to nagle znajduje się miliony przepisów, które chronią sprawcę, nagle nikt, nic nie może zrobić, bo jakimś dziwnym trafem, nikt nie ma żadnej władzy albo nie chce z niej skorzystać. Ciekawe, że kiedy pojawia się problem z jakimś księdzem, który uderza w przełożonych, jak było choćby z Jackiem Międlarem (tak, ja to napisałem), to problem udaje się bardzo szybko rozwiązać. 

Czytając teksty w Więzi, oglądając wspomniany reportaż o sprawie ks. Dymera, ma się nieodparte wrażenie, że pieniądze, które zawsze łączą się z władzą sprawiają, że Ewangelia, która ma być Konstytucją Kościoła jest odkładana na półkę. Człowiek dochodzi do wniosku, że najsilniejsi w Kościele są ci, co mają pieniądze i dojście do nich. Podobnie jak w świecie, a Pan mówił: nie tak będzie między wami. 

Miłość do Kościoła lub, jak pisał św. Ignacy, trzymanie z Kościołem, nie jest i nie może być przymykaniem oczu na zło w Kościele. Nikt nie może wymusić ciszy i milczenia, jeśli mowa jest o złu. To byłoby nakłanianie do grzechu. Miłość do Kościoła i trzymanie z Kościołem, realizuje się także w miłości i trzymaniu z ofiarami, bo one też są Kościołem. 

Potrzeba nam wszystkim nawrócenia, odwrócenia się od świętego spokoju (dla niektórych) do prawdy.