Zaznacz stronę

Jeremiasz jest mi jeszcze bliższy niż w 2007 roku, kiedy postanowiłem jego: „uwiodłeś mnie Panie”, wziąć na hasło obrazka prymicyjnego.

Nie chcę wierzyć ze strachu i z przymusu. Zawsze pragnąłem i pragnę wierzyć z miłości. Niby oczywiste, a jednak teraz kiedy Bóg przestał być oczywistością, a stał się Kimś trudno dostępnym, opcja: „wierz przynajmniej ze względu na ewentualne niebo” narzuca się wręcz gwałtem.

Jeremiasz mocno doświadczył Boga, Jego Słowa, bliskości i obecności. Bóg stał się dla tego proroka Kimś oczywistym, a jednak w pewnym momencie stał się dla niego Osobą, której obecność wprowadzała w życie wiele cierpienia. Stąd okrzyk o uwiedzeniu, wręcz zgwałceniu.

Minęła pierwsza fascynacja, kiedy na pustyni, wręcz odludziu, pojawił się On ze swoją obietnicą obecności. W końcu był Ktoś, kto mówił: nie zostawię cię, będę z Tobą. Dał nadzieję, że skoro nie ma wokół ludzi z miłością – jest On. Dziś ktoś może zarzucić: stworzyłeś sobie Boga na miarę swoich potrzeb. I nie jestem w stanie tej tezy na 100% obalić.

Później przyszedł czas, w którym pojawiła się możliwość związania całego swojego życia z Nim. Wręcz systemowo. Pojawiło się pragnienie by stać się Jego uczniem. Już wiedziałem, że ta szkoła jest cholernie trudna. A jednak młodzieńcza fascynacja mówiła: dasz radę, bo w końcu On jeden nie daje nic ponad możliwości. Poszedłem. Cieszę się, że to była decyzja obmyślana przez sześć długich lat. Dziś nie mogę mieć do nikogo żadnych pretensji, wręcz przeciwnie: „system” mnie ciągle zniechęcał.

Zaczęła się realizacja pragnienia. Pierwsze poważane deklaracje i zadania. Wydawało się, że pojawił się kolejny młody gniewny, który wie jak „zreformować system” i „zbawić świat”. Z roku na rok stawało się inaczej. Poznawałem swoje słabości, i co ważniejsze to, że one ciągle są obecne. W moim życiu pojawiali się kolejni mistrzowie, którzy uświadamiali mnie, że albo pokocham siebie i świat, w którym jestem i tak odnajdę Boga i pokój, albo całe życie będę się targał z wyimaginowanymi wrogami.

Wiara dochodzi w pewnym momencie do ściany. Grubej, twardej, realnej. Nie, nie uderzasz głową w ten mur, bo wiesz, że rozbijesz głowę. Wierzysz dalej, ale inaczej, czasem będąc wiernym temu, co było kiedyś, czasem płacząc pod ścianą, bo przecież nie wiesz co jest po jej drugiej stronie, a czasem siadając pod nią zrezygnowanym.  Jesteś w klinczu, bo przecież ludzie wymagają tego byś był „świadkiem wiary”, a ty tymczasem potrafisz być tylko świadkiem niewiary. Mur jest tym straszniejszy, bo przecież jesteś zakonnikiem, bo przecież nie możesz się schować, jak każdy wierzący, w zaciszu swojego domu, by wyjść z niego znów wtedy, kiedy wiara nie będzie klinczem.

Nie wiem jak będzie. Może za chwilę znów będę mówił: wiara to prosta sprawa, wystarczy chcieć. Dziś nie potrafię tak powiedzieć. Dziś nie działa formuła: wiara jest łaską, ani: wiara to decyzja. Tym bardziej proste: połącz swoją decyzję z jego łaską. Dziś rozumiem Dzieciaki, które kiedyś miałem we wspólnocie, przychodzące i mówiące: „ojcze, ja nie umiem już wierzyć, coś się spaliło”.

Nie wiem – to słowa, które stały się moją codzienną modlitwą. Podobnie jak lęk. Nie przed Bogiem, ale przed ciemną dziurą. Lęk, który budzi w nocy i nie wiesz czy wyjesz do Boga, bo tak mocno Go kochasz, czy może dlatego, że tylko pamiętasz iż kiedyś był, a może już tylko dlatego, że nie możesz po prostu spać.

Nie, nie gram przed ludźmi. Pozwalam sobie na smutek, na wątpliwość, na bycie przewodnikiem trochę ślepym, a trochę z konieczności. Każdemu, kto pyta mówię: nie wiem jak jest, mogę opowiedzieć jak było, i na co mam nadzieję. Wiem jedno: to wszystko mnie uczy wielkiej pokory wobec niewierzących i mających wątpliwości. Nie potrafię więc cieszyć się z tymi, którzy cieszą się, kiedy jakiemuś „ateuszowi” podwinie się noga, nie potrafię dołączyć do tych, co cieszą się dziś z coraz szerszej świadomości wśród wierzących, o tym, że św. Mikołaj spoliczkował heretyka. Nie potrafię cieszyć się wtedy, kiedy w mediach pokazuje mi się silny Kościół, bo w „końcu rządzą nasi”. Bliżej mi do tych, co omijają Kościół, bo czują się w nim przytłoczeni i ja im wierzę.

Nie, nigdzie nie odchodzę, nie zostawiam mojego Kościoła i zakonu, nie mam kryzysu 40-latka i nie zakochałem się na śmierć i życie. Nie. Ja po prostu czuję się zgwałcony jak Jeremiasz z świadomością tego, że na to pozwoliłem.