Zaznacz stronę

Wbrew pozorom ta Ewangelia jest o Miłosierdziu Boga. Wiem, wygląda groźnie, wygląda jak opowieść o największych grzesznikach, którzy nie dość, że chcieli wskoczyć w miejsce Pana, to jeszcze  Dziedzica. Jednak Pan tę opowieść opowiedział do konkretnej grupy. Do Żydów, szczególnie uczonych w Piśmie, którzy nie przyjęli Go jako Mesjasza. Jasne, że my też Go często nie przyjmujemy, jasne, że i my chcemy wskoczyć w miejsce Boga i zatłukliśmy Jego Syna. Jednak na nasze szczęście już jest „po”. On już zawisł na Drzewie, a wcześniej został już odrzucony.

Teraz ta przypowieść znaczy tyle, że Bóg nie umilknie, nie spocznie, dopóki nam nie będzie dobrze. Dopóki w naszym życiu będziemy odczuwać takie sprawy jak odrzucenie i spustoszenie, On nie spocznie na laurach. Będzie o nas walczyć, aż do śmierci Swojego Syna. Dopóki nie odczujemy, że jesteśmy Jego.

Jednak nie mylmy tego poczucia z jakimś niekończącym się stanem świętego spokoju. To się dzieje w naszej zwariowanej codzienności. Ile razy było już tak, że wszystko się zawalało, wydawało się, że więcej już nie damy rady? A jednak pojawił się ktoś, jakaś myśl, wydarzenie z pozoru nieistotne, po którym zaczęło się robić jaśniej.

Oczywiście możemy widzieć takie rzeczy jako przypadki, ale możemy także widzieć w nich Jego – Ojca działanie. To znów jest wybór. Można żyć twierdząc, że wszystko mi się należy, na przykład w rodzinie. Rodzice muszą mnie karmić, żona musi gotować obiad, mąż musi pracować. A można te codzienne sprawy przeżywać jak wielkie wydarzenia. On nie spocznie, dopóki ty nie będziesz szczęśliwy. Nawet jeśli nie będziesz chcieć tych jego dowodów widzieć.

Niech ta Ewangelia nie będzie dla nas wyrzutem, ale dowodem na to, że jesteśmy przez Niego ukochanymi; dowodem na to, że bardzo Mu na nas zależy, tak bardzo, że pozwolił na zabicie Dziedzica. On już nie mówi tej przypowieści „przeciw”, ale dla nas. Bo jesteśmy Jego dziećmi. 

SŁOWO