Zaznacz stronę

Za każdym razem, gdy spotykam się z kimś, kto został skrzywdzony przez pedofila (w sutannie, czy nie), mówię: „przepraszam za tego człowieka”, szczególnie wtedy, kiedy okazuje się nim być pedofil w sutannie.

Nie jest to gra na emocjach, nie jest to też wyrachowane zachowanie, „bo tak wypada”. Za każdym razem, kiedy słyszę taką historię, najpierw budzi się we mnie wielka agresja, później poczucie kompletnej bezradności. Budzę się jednak z tych emocji, bo w tych rozmowach nie chodzi o mnie i moje uczucia, ale chodzi o kogoś, kto został skrzywdzony. Zdarza się, że stało się podczas momentu, w którym ten człowiek miał doświadczyć Miłości Boga w sakramencie, a doświadczył największego piekła.

Kiedy byłem młodszy, miałem ze dwadzieścia lat, wydawało mi się, że to problem tylko tych, których nazywamy pedofilami. (Choć trzeba też przypomnieć, że nie tylko dzieci są wykorzystywane seksualnie. Molestowani są także ludzie dorośli.) Przez ostatnie lata jestem coraz bardziej przekonany, że to zło obarcza każdego z ochrzczonych, a szczególnie tych, którzy w sposób świadomy uczestniczą w wspólnocie Kościoła. Tu nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową, albo rozmywanie odpowiedzialności konkretnego człowieka. Nie. Na mocy chrztu jesteśmy wszczepieni w Chrystusa, i tak, jak łaska która od Niego pochodzi, „rozlewa” się na wszystkich, tak i skutki grzechu zatruwają każdego z nas. Właśnie w takich momentach widać, czy my naprawdę jesteśmy „braćmi w Chrystusie”, czy tylko należymy do jakiejś organizacji, z której bierzemy to co fajne, a kiedy zaczyna się draka – umywamy ręce i mówimy o tym, że w żadnej korporacji nikt nie bierze odpowiedzialności za błędy „sprzątaczki”?

„Dlaczego więc my, katolicy mamy przepraszać za tych zboczeńców?” – często słyszę. Dlatego, że w tragedii, którą nazywamy pedofilia/molestowanie seksualne bierze udział co najmniej dwoje naszych braci w wierze. Oprawca i ofiara. Bo są to ludzie włączeni w tego samego Chrystusa, co my i dlatego, że „jeden z nas” zrobił straszne świństwo i krzywdę „drugiemu z nas”. I ostatecznie dlatego, że Chrystus umarł za nas wszystkich. I choć po tej stronie nigdy zapewne się „nie dogadamy” z oprawcą, to być może po śmierci przyjdzie nam z nim żyć wiecznie. Musimy umieć przepraszać skrzywdzonych (nie świat), by nauczyć się przebaczenia.

Nie wymagam od innych moich Braci i Sióstr tego, by przepraszali skrzywdzonych, wiem, że do tego trzeba dojrzeć, trzeba też samemu doświadczyć zła, by w końcu przestać „tupać nogami” i się zżymać, kiedy ktoś uważa, że przeprosić trzeba.

I jeszcze jedna sprawa. Najgłupszym argumentem (moim zdaniem) w próbie obrony ludzi Kościoła, jest mówienie, że społeczeństwo powinno równie surowo rozliczać inne grupy zawodowe. Wręcz przeciwnie, to właśnie każdy przypadek pedofilii i molestowania przez księdza powinno się piętnować publicznie. Owszem inną rzeczą jest fakt, że niestety coraz częściej wykorzystuje się do tego ofiary. Nie możemy, jako Kościół, odpychać zarzutów, jak dzieci, które się licytują, kto jest bardziej niegrzeczny.

Uważam inaczej od tych, którzy twierdzą, że to „marginalne problemy”, bo „większość księży jest OK”.