Zaznacz stronę

To jest trzeci tekst na Wielki Post, z cyklu BANITY o jałmużnie. O idei przeczytasz TU.

Kiedy BANITA poprosił mnie o moje świadectwo o tym jak odkładam pieniądze, by dać jałmużnę, zgodziłem się. Zaraz potem jednak się stropiłem – jak mam pisać o dawaniu jałmużny? Przecież mam o tym nie trąbić, a moja lewa ręka ma nie wiedzieć o tym co robi prawa. Po drugie, świadectwo ma być o odkładaniu pieniędzy, a ja przecież nie odkładam. Skoro jednak zostałem poproszony o ten tekst, to może moje doświadczenie się komuś przyda.

Kiedyś uważałem, że każdy jest kowalem swojego losu i jeżeli jest biedny to pewnie dlatego, że sam tego chciał. Wiecie – „wędka a nie ryba” – przy czym niech sobie zaineresowany sam wędkę znajdzie. Ludzi biednych na ulicy mijałem szybko, odwracając albo spuszczając głowę. Programy telewizyjne i artykuły prasowe o biedzie i nieszczęściu skutecznie pomijałem. Gdy kilka lat temu zacząłem powracać do Jezusa i słuchać Ewangelii, w moim sercu obudziło się pragnienie pomocy innym. Nie potrafiłem się jednak zdobyć na odwagę by np. zostać wolontariuszem w domu dziecka czy spotykać się i rozmawiać z bezdomnymi. Bardzo podziwiam osoby, które okazują swoją miłość w ten sposób. Są dla mnie prawdziwymi bohaterami. Mam ogromną nadzieję, że kiedyś znajdę w sobie odwagę by sam podjąć takie wyzwanie.

Tym niemniej, bardzo chciałem pomagać. Zdecydowałem więc, że będę dzielić z potrzebującymi tym, co zarabiam. Znalazłem kilka organizacji, które czynią wspaniałe dzieła miłosierdzia. Wybrałem cele bliskie mojemu sercu. Ustawiłem stałe przelewy na swoim rachunku, które wykonują się na początku miesiąca, tuż po tym jak na konto spływają pieniądze a przed spłatą jakichkolwiek innych wydatków. Nie odkładam więc wcale pieniędzy, tylko je od razu wydaję i to tak, że w praktyce ich nie widzę. W moim przypadku, to pewnie jedyny możliwy sposób. Gdybym bowiem chciał je odłożyć i przelewać później, choćby na końcu miesiąca, to pewnie zawsze znalazłbym pretekst to wydania ich na inne cele. Jednakże, w przedziwny sposób, nigdy nie brakuje nam tych pieniędzy. Jeżeli trafiają nam się jakieś dodatkowe dochody, to także staramy się część oddać na jakiś dobry cel.

Oczywiście, jak tylko zacząłem wysyłać pieniądze, zacząłem też oczekiwać jakichś podziękowań od fundacji będących adresatami przelewów. Na szczęście żadne nie przychodziły. Sam też miałem ochotę krzyczeć – patrzcie, jaki ze mnie dobroczyńca. Bogu dzięki, że dał mi siłę by tego nie robić. Powoli przywykłem, że do tego że te pieniądze nie są moje, tylko tych którzy ich potrzebują. Ten tekst jest pierwszym i mam nadzieję ostatnim razem, kiedy mówię o tym publicznie. Ja daję tylko pieniądze a cuda robią ludzie, którzy zamieniają je w dobre dzieła. I tak jest dobrze.

Chciałbym Wam przy tym powiedzieć, że nie jest ważne, ile dajecie. Nie chodzi o to by odbierać od ust sobie albo swoim dzieciom. Można za to zrezygnować z jednej lub dwóch przyjemności. Każdy grosz, który regularnie spływa na konto fundacji jest równie ważny, jak jednorazowa wpłata od wielkiej korporacji. Pamiętajcie, że z waszych pieniędzy można kupić posiłek dla dziecka w Bieszczadach, miskę gorącej zupy dla bezdomnych na Śląsku albo wyprawkę do szkoły dla afrykańskiego dziecka. Możecie uczynić czyjeś życie lepszym. Wierzę, że ten który widzi w ukryciu odda Wam to co daliście po wielokroć.

Kamil Jankielewicz