Zaznacz stronę

Czy czujecie się zaproszeni? Czy czujecie, że to że tu jesteśmy jest wyrazem Bożej miłości do nas? Pan nas zaprosił na ucztę. W różnym nastroju chodzi się na przyjęcia. Czasem, bo wypada; czasem, bo musimy dać zadość układom, w których żyjemy; innym zaś razem szykujemy się długo i czekamy w wielkim napięciu. Zobaczmy jak jest z nami dziś. Jak dobrze – to bądźmy radośni – wszak czekaliśmy na to spotkanie. Jeśli nie – to nie oskarżajmy się, ale zapragnijmy, by to się zmieniło, byśmy nie chcieli wyjść z tej Uczty z takim poczuciem: „uff, skończyło się, przyjdę do domu, założę dres, usiądę w fotelu i zapomnę o tym, że tam byłem”.

Uczta. Pan przygotuje dla wszystkich ludów ucztę. Przypomina mi się scena ostatniej wieczerzy, a więc zobaczmy, jaki pokazuje się nam dziś Jezus. Najpierw zdejmuje szatę, zakłada tylko prześcieradło. Później zaczyna swoim uczniom umywać nogi. Wszyscy milczą, są zszokowani. Jednak, kiedy dochodzi do Piotra, Piotr mówi: NIE! Nie będziesz mi mył nóg. Co robi Piotr? Piotr robi to, co większość z nas czyni w życiu, też na modlitwie. Stawia granicę między Bogiem, a sobą. Czyni to z szacunku, ma dobre intencje. Tak jest wtedy, kiedy my z szacunku, z pokory uciekamy od relacji z Nim, od modlitwy nieustannej, czyli zapraszania Go do tego, co my uznajemy za niepobożne. To jest to nasze dzielenie naszego życia na sacrum i profanum. Objawia się to często w pytaniu, co grzechem jest, a co jeszcze nie. Jezus nie lubi tej granicy, którą mu stawiamy z szacunku. Błędnego szacunku. Jezus z kolei, przekracza te nasze fałszywe granice. Jest w tym niebezpieczny. Dlatego zginął, został zamordowany. Nie chciał by człowiek stawiał sztuczne granice między nim, a sobą i innymi ludźmi. Ci, co Go zakatrupili nie mogli ścierpieć obrazu Boga, jaki nam Jezus daje. W świątyni Jerozolimskiej była zasłona. Kiedy Jezus umarł ta zasłona się rozdarła. Bóg ją rozerwał. Jakby mówił – nigdy więcej granic i barier między nami, a Bogiem.

Bóg chce być blisko nas, a my czujemy się z tym niekomfortowo. Dlatego Mu nie pozwalamy, szukamy sztucznych granic między nami, a Nim. Lubimy, kiedy Bóg jest w bezpiecznej odległości.

Jesteśmy zbawieni z łaski. To jest takie proste. Jednak my, w większości, jesteśmy skupieni na tym, by siebie samych zbawić, by wykrzesać z siebie nadzieję i radość. Tymczasem kompletnie nie jest to możliwe. Często zachowujemy się tak, jakby to Bóg potrzebował naszych modlitw, naszego umęczenia i naszej Mszy. Zapominamy Kto kogo tu zaprosił, Kto kogo zbawia. Zapominamy i wtedy stajemy się tak strasznie smutni. Mówimy Bogu: nie, to nie możliwe by, ot tak zostać zbawionym, wyrwanym ze smutku. Mówimy: przecież muszę spełnić mnóstwo warunków. Wtedy zasłużę. Większość z nas chce zasłużyć zapracować i nie zauważa, że w tym samym czasie sobie i innym ściągamy piekło. Jesteśmy w tym wręcz pyszni, próbując Bogu coś dać, zasłużyć.

Musimy przyznać, że nie mam nic, co moglibyśmy ofiarować Bogu, nie mam nic, co mogłoby sprawić, że będziemy zasługiwać na zaproszenie. On nas zaprasza za darmo. Nie mam nic. I to jest najpiękniejsze w tej naszej opowieści. Nic, a dostajemy wszystko.

To dzisiejsze zaproszenie, to najlepsza wiadomość na świecie: Bóg zaprasza Cię za darmo. Nie musimy już próbować się zbawić, bo zobaczcie do czego prowadzą nasze próby samo-zbawienia. Do kolejnych rozczarowań. Prośmy dziś Ojca, by nam pokazał, że to Jezus na krzyżu wypracował nam sprawiedliwość, której my nigdy nie zdobędziemy.

SŁOWO