Zaznacz stronę

W necie siedzę od dawna, sporo widziałem, sporo przeczytałem, a co za tym idzie – wielu już rzeczy doświadczyłem. A jednak ciągle się dziwię.

Wczoraj zawiesiłem swoje konto na Twitterze. W ogólnoświatowym wymiarze to nic nie znaczący fakt. Dla mnie – konkretnego użytkownika, czytanego przez 2000 osób to całkiem ważne doświadczenie.

W ostatnich tygodniach dostawałem wiele wiadomości, które ładnie można by nazwać ostrzeżeniami. Generalnie nie przejmuję się tym, bo wiem już trochę jak działają ludzie w Internecie, że często tracą hamulce przyzwoitości. Jednak w przeciągu tygodnia dostałem trzy konkretne ostrzeżenia. Jedno, o którym powiedział mi dziennikarz, czytający fora środowisk związanych z ONR; drugie, które usłyszałem bezpośrednio z ust człowieka ważnego dla tych środowisk i trzecie, które ktoś wczoraj napisał na TT: „doigrasz się w końcu”.

Wczoraj poszło o moje twitta, którego zamieściłem wieczorem, treść była mniej więcej taka: „kiedyś na pogrzeby chodziło się ze świecami, śpiewając psalmy, dziś z racami, podnosząc kibolskie okrzyki”. I rozpętała się burza twitterowa. Nie, nie zamierzam się teraz tłumaczyć. Chciałbym napisać o czymś innym.

Z racji swoich zainteresowań, tego kim jestem, przestrzeń internetowa, której używam na codzień, i w której komunikuję się z innymi jest ‚zawężona’ zasadniczo do ludzi wierzących i takich, którzy wierze się przyglądają. W interakcje ze mną wchodzą ludzie, którzy wyznają wiarę w tego samego Boga, należą w większości do tego samego Kościoła, korzystają z takich samych sakramentów jak ja. A jednak, co raz częściej mam wrażenie, że wśród współwyznawców Jezusa czuję się co raz bardziej jakby inny.

Wiara – przynajmniej w wirtualnym świecie – zaczyna się wielu osobą zlewać z przynależnością partyjną i patriotyzmem. Tak, wiem, że te rzeczywistości, aby były autentycznie przeżywane muszą się przenikać, ale warto przypomnieć, że nie są tożsame i w tym wszystkim pierwsza musi być wiara w Zmartwychwstałego. Kiedy ta hierarchia jest zachowana – jestem w stanie przyjąć, że inni wierzący nie podzielają moją wartości polityczno – patriotycznych i mają prawo do innego sposobu wyrażania ich niż ja. Właśnie ze względu na to, że wierzę w Jezusa, nie mogę innym narzucać swojego sposobu rozumienia Ojczyzny i polityki. Tymczasem, jak zaznaczyłem, co raz częściej dzieje się odwrotnie. Polityka i patriotyzm stają się pierwsze, a wiarę wykorzystują do jeszcze jednego ideologicznego wytłumaczenia zachowań „anty-inny”. Zaczyna się dziać tak, że – to moje subiektywne odczucie – zdarza mi się czuć intruzem w Kościele (i kościele), odpychanym łokciami i pięściami przez ludzi, z którymi nie podzielam sposobu wyrażania miłości do Polski.

Nie jestem byłym komunistą, mój ojciec też nim nie był, pochodzę ze Śląska, zawsze Polska dla mnie była, jest i będzie ważna. Jednak nigdy nie traktowałem Ojczyzny jak drugiego boga. Wierzę, że to iż jestem Polakiem nie jest przypadkiem, ale nie jest też w moim życiu najważniejsze. Najważniejszy zawsze jest Bóg i miłość do drugiego człowieka (kimkolwiek on jest). A jednak pomimo to ciągle słyszę, że nie kocham Ojczyzny, że jestem wrogiem, że skoro na przykład wczoraj wyraziłem sprzeciw wobec przemówienia Prezydenta podczas liturgii Mszy świętej to jestem KODziarzem, zdrajcą narodu, zaprzańcem i parę innych określeń jeszcze…

Proszę Was w Imię Pana Jezusa: skoro mamy wiarę w Zmartwychwstanie, więc nadzieję jakiej nie mają ludzie niewierzący, przestańmy nienawidzić, zaciskać pięści, wymachiwać rękami, zaciskać zęby, a wszystko to w imię sprawiedliwości społecznej. Nie da się zbudować Polski, w której ma się znaleźć miejsce dla nas wszystkich, dopóki ludzie wierzący nie wykorzystają swojej wiary w Jezusa nie do tego by innych „zmasakrować czy zaorać”, ale by uczyć się zmieniania swojego serca, bo tylko najpierw: ja, a później moje świadectwo zmieni innych, albo raczej będzie przyczynkiem do ich zmiany.

Jasne, możemy robić to wszystko siłą, krzykiem, sztandarami, możemy bo jesteśmy wolnym krajem. Tylko w takim przypadku proszę: nie mówicie, że jesteśmy krajem opartym o wartości chrześcijańskie. Bo to po prostu jest kłamstwo i obłuda, którą pokazujemy światu.

Z Internetu na razie nie rezygnuje, bo pomimo tego, że czasem w nim dostanę po uszach to widzę sporo dobra, które udaje mi się z innymi zrobić. Na Twittera wrócę za parę dni, zapewne, ale już ostrożniejszy i mniej ufny tym wszystkim chrześcijanom, którym tak łatwo jest napisać: „uważaj, bo źle skończysz”.