Zaznacz stronę

Można by dziś powiedzieć piękne kazanie o powołaniu do specjalnej służby Bożej. Można by dziś powiedzieć śliczny tekst o tych, którzy jak młody Samuel, po okresie rozeznania, poszli w końcu za Panem. Część z was od razu by się wyłączyła, bo przecież macie żony lub mężów, albo nie bierzecie (na wszelki wypadek) pod uwagę tego, że Bóg może coś do nas mówić, tak na serio. Część – bardziej pobożna – próbowałaby wzbudzić w sobie wyrzuty sumienia, że słabo słucha Słowa, albo słucha, ale ma rozproszenia i nie do końca rozumie, co Bóg mówi.

Tę sielankową atmosferę, nie tylko kazania, ale całej tej niedzieli, ba całego naszego życia, rozwala nam dziś Kościół, dając na tę niedzielę nakładkę: 104. Dzień Uchodźcy i Migranta.

Nie, Jezus nie powołuje wybranych, niektórych i nie powołuje do tego, by być lepszym, od innych, chrześcijaninem. Nie powołuje tak, bo chrześcijaństwo, wbrew temu, co my z nim robimy nie jest kastowe. Jezus powołuje każdego człowieka i każdy z nas jest zobowiązany do zamieszkania z Nim. Zamieszkać z kimś, to pozwolić sobie i tej drugiej osobie na intymność codzienności. To pozwolić sobie na nie-granie, na bycie sobą przed drugim. Zamieszkać z kimś, to znaczy całkiem coś innego od wpuszczenia do domu księdza po kolędzie, kiedy chcemy pokazać siebie, swój dom od najlepszej strony. Być z kimś pod jednym dachem, to pokazać to wszystko, co przed innymi się chowa, ale i przyjąć podobną postawę od tej drugiej osoby. W końcu zamieszkać z Jezusem to przyjąć Ewangelię, nie tylko wiedzieć, że ona jest, ale ją przyjąć.

Część z nas nigdy nie czyta Ewangelii, poza wysłuchaniem niedzielnego kawałka. Wolimy Panu Bogu dać jakąś modlitwę, wyspowiadać się, przyjąć komunię, ale nie chcemy z Nim zamieszkać, przestać udawać przed Nim, ale i posłuchać, co On do nas mówi.

Przed chwilą modliliśmy się takimi słowami: Boże, dla Ciebie nikt nie jest obcy i nikogo nie pozbawiasz swojej pomocy, wejrzyj łaskawie na uchodźców i wygnańców, na rodziny rozdzielone i rozproszone dzieci, pozwól im powrócić́ do ojczyzny, a nam daj serce czułe na potrzeby ubogich i przybyszów.

Jeśli weźmiemy te słowa na serio, jeśli postanowimy zamieszkać z Jezusem, Ewangelią, nie naszą religijnością, w której liczy się tylko nasze dobre samopoczucie płynące z modlenia się, to modlimy się o to, by nas Bóg nawrócił. By zmienił nasze myślenie. Nie chodzi o to byśmy dziś do Opola przyjęli milion uchodźców, ale chodzi najpierw o pierwszy krok: byśmy o tych, których nie znamy, zaczęli myśleć inaczej – dobrze.

Pozwolić sobie na zamieszkanie z kimś to zrobić mu miejsce w swoim życiu. To nie sąsiad, którego można wyprosić z mieszkania, to ktoś, kto już zawsze będzie. Tak jest z Jezusem, ale i tak jest z tymi, którzy szukają pomocy. Chrześcijaństwo to nie relacja na dystans, ale bardzo radykalne zmienione swoje życie, by zrobić miejsce dla Boga i człowieka.

Zrobiliśmy z Kościoła enklawę dla takich samych jak my. Jezus działał inaczej – szedł do innych. Nie dalej jak wczoraj kościół dał nam słowo o powołaniu celnika Mateusza. W tej Ewangelii pojawiło się pytanie, które często my zadajemy: dlaczego mamy otwierać się na innych, dlaczego mamy uczyć się pozytywnego myślenia o innych, których nierzadko nazywamy złymi? W Ewangelii pobożni (jak my) ludzie zadają pytanie: Dlaczego On jada z grzesznikami?

To problem ciągle aktualny. Wiecie, że jednym z najczęstszych zdań na kolędzie jest to: a nasi sąsiedzi, to was nie przyjmą oni są niewierzący. Księża bardzo często, w swoim gronie, bardzo miło mówią o ludziach mocno związanych z Kościołem, potrafią usprawiedliwiać ich słabości, gorzej nam idzie z tymi spoza Kościoła.

Nieustannie grozi nam identyfikacja tylko z „naszymi”, otaczanie się tymi, którzy nas utwierdzają, są tacy jak my. I choć to wypływa z naszej natury, to jednak Jezus uczy czegoś na przekór – bycia z tymi, którzy są inni, nie zasługują, są grzeszni – mówiąc krótko.

Księża i wierzący siedzą w swoim gronie, to nawet nie jest złe, ale bardzo często przeciwko tym, którzy są spoza Kościoła, albo rozumieją ten Kościół inaczej. Wtedy włącza się nam – księżą i innym wierzącym – chore poczucie walki o wartości i Boga. Tak naprawdę chodzi tylko o stary problem: „dlaczego On jada z grzesznikami”? On z nimi jadał, bo wiedział, miał nadzieję, że podejście z miłością, wejście do ich świata (tym jest wspólny posiłek) jest szansą na pozyskanie ich dla Ojca.
Lubię oglądać zdjęcia z różnych imprez kościelnych, zawsze mnie bawią. Najpierw liturgia: blisko ołtarza są zawsze notable, dalej cała ‘reszta’, a później posiłki: przy jednym stole duchowieństwo, a przy innych cała reszta. Nawet na wielkich wigiliach z ubogimi to się zdarza – jest stół z proboszczem, biskupem, wokół świta i gdzieś dalej ubodzy.
Jeść z grzesznikami, nie z swoimi – to jest sposób Jezusa. Bardzo trudny, bo łamiący moją naturalną potrzebę poczucia bezpieczeństwa, którą ładnie ubieram w szatki religijności.

Nasza wiara albo stanie się zamieszkaniem z Jezusem, zmieni nasze myślenie, sposób życia, albo umrzemy tu sami, smutni, ciągle goniący za czymś, a tak naprawdę nigdy tego nie osiągnąwszy.

Życie, albo podzielimy z innymi, albo będziemy umierać jak wielu w naszej parafii i mieście – samotnie, pozamykanych z obawy, nie przed uchodźcami, ale swoimi – sąsiadami, a często nawet przed rodziną.

Módlmy się, by Jezus zmienił nasze serce i byśmy tej zmiany naprawdę zapragnęli.

SŁOWO