Zaznacz stronę

Jakiś czas temu napisałem tekst o „dwóch warszawskich Mszach”.

Bronisław Komorowski odszedł z urzędu, a prezydentem jest Andrzej Duda, emocje po tamtych wydarzeniach – można by domniemywać – opadły, a każdy uczestnik i bohater tamtej sprawy poszedł dalej. Jednak dziś przeczytałem na stronach Tygodnika Powszechnego tekst ks. Andrzeja Lutra, pt. Z Kościoła wystąp. Generalna teza (jak zrozumiałem) tego tekstu jest taka, że ciągle jeszcze ks. Andrzej, ale i jak się okazało – również ks. Kazimierz Sowa, otrzymuje wiadomości, by z Kościoła odszedł.

Uznaję prawo obu panów do tego by czuć żal, a nawet złość płynącą z faktu otrzymywania takich wiadomości. Ze swojego doświadczenia wiem, że to jest dość przykre, kiedy od braci ze swojego Kościoła, dostaje się tego typu wieści. To boli.

Jednak cała ta sytuacja, po raz kolejny, przypomniała mi po co w Kościele jestem. I to do tego w jakim celu otrzymałem święcenia prezbiteratu. Mówiąc krótko: dla Pana Jezusa i dla wspólnoty. W Kościele, przez ponad dwadzieścia lat świadomego w nim bycia, spotykam różnych ludzi. Takich, którzy są dla mnie fajni, ale i takich, których wyekspediowałbym na księżyc w zamkniętej klatce. Nauczyłem się już, że ja również dla różnych ludzi klasyfikuję się w tych dwóch grupach. Odkrywam, z biegiem lat, że Ten, który mnie w kościele trzyma, nie ma na imię Zenek ani Zośka, ale Jezus Chrystus. I przestaje to być wzniosłym hasłem, ale prawdę – fundamentem, który nadaje codzienny sens bycia człowiekiem wierzącym i będącym w Kościele. To przekłada się na codzienność w ten sposób, że Kościół, zakon, nie mogą być dla mnie przestrzenią, w której zbuduję sobie bezpieczny azyl, który będzie się składał z wygodnych dla mnie ludzi. Co więcej – jest przeciwnie, Kościół staje się miejscem, w którym muszę uczyć się codziennego umierania dla moich wizji i planów. Nie jestem księdzem po to by być kimś, kogo głos jest bardziej słyszalny w tej wielkiej Wspólnocie, ale po to by być kimś, kto próbuje łączyć tych wszystkich, którzy mi, osobiście pasują i nie pasują.

Wracam do wątku, od którego rozpocząłem. Biorąc pod uwagę to, co napisałem powyżej, uważam, że przychodzi taki moment, w którym trzeba odpuścić, przestać się kopać z koniem, to jest ten moment, o którym mówił Jezus: nie stawiajcie oporu złemu (Mt 5,38–42). Przychodzi taki moment, że trzeba odpuścić swoją dumę, racje i upokorzenie, bo za granicą tego momentu gubi się to, co istotne: Kościół i Chrystus. Wtedy dość łatwo postawić siebie na piedestale, w miejsce Jezusa, a to, co do tej pory było Kościołem staje się okopami, w których są już tylko tak samo myślący kumple.

Myślę i jestem przekonany, że ten moment, w którym odpuszczam jest momentem zwycięstwa. Nie mojego, nie mojego przeciwnika, ale Jezusa i Prawdy. Bo to Jemu właśnie wierzę i ufam, że choć może po ludzku ktoś mnie skopał i ma poczucie wygranej, to ja wiem, że nie muszę siebie bronić, bo kompletnie nie o mnie tu chodzi.