Zaznacz stronę

SŁOWO

Trwajcie w miłości mojej. Miłość musi być oparta na decyzjach i czynach, ale i zakorzeniona w Nim. Po to idziemy na modlitwę, jesteśmy w Kościele, przyjmujemy sakramenty, by się w Nim zakorzenić.

Kiedy patrzę na to, co nazywam grzechem i słabością (moimi), to widzę wyraźnie, że jest to spowodowane jednym – nieufnością Ojcu, nie-trwaniem w Nim. Przestaję ufać – zaczynam robić głupie rzeczy, wmawiam sobie, że jestem samowystarczalny. Owszem, one zawsze są przedstawiane jako rzeczy ważne, potrzebne, naturalne, wynikające z mojej godności. Przestaję Mu ufać, bo nie widzę Go takim, jakim jest, ale widzę Go takim, jakim chcę by był. Wtedy pojawia się jako ktoś, kto do końca mnie nie rozumie, staje na przeszkodzie w realizacji moich celów.

Jeśli jestem gościem, który lubi gadać o tym, jaki zły jest szef, jak nikomu nie pomaga, jak to strasznie pod nim pracować, jaki ten czy inny człowiek jest straszny, to widzę, że to wypływa z tego właśnie. Przestaję opierać swoje tu i teraz na Ojcu. Szukam w drugim człowieku, który z definicji swojej nie może tego zrobić, oparcia i rozwiązania wszystkich swoich problemów. Wymagam od drugiego człowieka czegoś, co może dać tylko Bóg. Tracę dystans, bo tylko On może być tego źródłem. A skoro zaczynam odczuwać przed Nim lęk, przestaję Go widzieć jakim jest, zaczyna się kombinowanie.

Mam trwać w Nim, by nie grzeszyć, by nie usychać bez soków. Kurde, jakie to proste. Nie wyłączać wtyczki i trwać w źródle, nie musieć kombinować, oglądać się za kimś innym, budować na kimś innym. Grzech (jakikolwiek by on nie był) jest naprawdę najmniejszym problemem. To, co najważniejsze umyka nam w naszej religijnej księgowości. Trwać w kimś. Być z nim scalonym, stać się jednym ciałem, myślą, pragnieniem, spełnieniem. Tu zaczyna się grzech, że chcemy tego z kimś innym.