Zaznacz stronę

Kiedy dobrze wczytamy się w słowa z dzisiejszej liturgii [KLIK], to zauważymy, że Apostołowie dostali dwa razy Ducha Świętego. Pierwszy raz w dzień Zmartwychwstania, kiedy Jezus wyraźnie mówi: weźcie Ducha Świętego. Daje im Go (Siebie) w bardzo określonym celu: by mogli odpuszczać grzechy. Drugi raz, pięćdziesiąt dni późnej, w większym gronie Duch, który jest im dany uzdalnia ich do wyjścia na zewnątrz i stanięcia przed tymi, których do tej pory się bali. Stają przed nimi, nie po to by oskarżać, choć Piotr wyraźnie nazywa zło zabicia Jezusa, ale by im ogłosić Ewangelię – dobrą nowinę o tym, że Bóg Zbawia każdego człowieka.

Te dwa wydarzenia – według mnie – mówią o fundamentalnych sprawach, które można nazwać podstawową misją Kościoła i każdego ucznia Jezusa. Pierwsza to pojednanie człowieka (świata) z Bogiem, drugie ogłaszanie Zbawienia każdemu człowiekowi. Bez wyjątku.

Co rusz słyszmy (jak choćby wczoraj wieczorem) o zamachach terrorystycznych, w których człowiek podnosi rękę na życie drugiego. Co rusz słyszymy także o innych złych rzeczach, kiedy człowiek podnosi rękę na drugiego. Czy to będzie małe dziecko w łonie matki, czy to będzie współmałżonek, dziecko czy pieszy na ulicy – rozjechany przez pijanego kierowcę, a skończywszy na ludziach zabijanych na końcu ich życia. Nie ma dnia i godziny by ludzie nie zabijali innych. Nie wspomniałem przecież o rejonach świata mniej medialnych niż Europa czy Stany. Jest przecież Syria, jest Sudan, Chiny, Korea Północna i wiele innych.

Jasną sprawą jest, że kiedy staje przede mną człowiek z karabinem to muszę zrobić to, co w mojej mocy, by nie pozwolić mu strzelić do mnie czy innych ludzi (nie tylko bliskich). Niestety, wielu z nas, pod przykrywką tego, co nazywamy postawieniem granicy, próbuje pod szyldem chrześcijaństwa, przemycić odwet. Ten jednak nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Naszą jedyną odpowiedzią może być tylko przebaczenie. Nigdy odwet.

Jest sprawa, na którą już dawno chciałem zwrócić uwagę (co ciekawe, że kiedy w końcu zacząłem pisać ten tekst, Radek zwrócił uwagę na tę samą kwestię), mianowicie w komunikatach o kolejnych zamachach mówi się o ofiarach (zabitych czy rannych), ale nie uwzględnia się w tych raportach napastników jako osoby. Oczywiście nie chodzi o to by się rozczulać nad ludźmi, którzy czynią zło, zrównywać ich do ofiar, ale chodzi o to, że naprawdę chrześcijaństwo odbiera mi możliwość odbierania napastnikowi godności ludzkiej. Człowiek, który zabił drugiego (czy to będzie terrorysta, pijany kierowca, rodzice, którzy decydują się na aborcję czy lekarz dokonujący eutanazji), zawsze jest tak samo kochany przez Boga jak ja i TY. Żaden zły uczynek, nawet najbardziej podły nie zabiera mu tej godności. Leżący nieżywy (czy ranny) terrorysta wśród ciał swoich ofiar jest tak samo odkupiony przez Krew Chrystusa jak najbardziej kochana osoba przez Ciebie czy mnie.

To wszystko gorszy. To, że mam jednać świat, w którym jest tyle zła, z Bogiem. To, że mam iść do ludzi, którzy zabijają niewinnych z dobrą nowiną. I to, że nie mogę na człowieka, który jest mordercą, patrzeć inaczej niż z miłością.

Nienawiść, gniew, odwet – te naturalne odruchy, muszą być przeze mnie – ucznia Jezusa, świadomie odstawiane na bok. Muszę podejmować decyzję o miłości nieprzyjaciół. Miłość nieprzyjaciół to nie jest położenie się pod koła samochodu, którym jedzie terrorysta, ale to jest próba przebaczania, kiedy on przejedzie mnie lub mojego bliźniego. Ewangelia jest na tyle wymagająca ode mnie, że nie mogę, choćby tutaj w przestrzenni wirtualnej, nawoływać do odwetu, czy posuwać się do manipulacji polegającej na tym, że nazwę UCHODŹCÓW terrorystami.

Chrześcijanie bardzo lubią mówić o Jezusie, który jest znakiem sprzeciwu. Rzecz w tym, że on najpierw jest takim znakiem dla nas – ludzi deklarujących wiarę w Jego bóstwo. My, każdej chwili potrzebujemy nawrócenia, a więc Bóg jest kimś, kto nam nie pasuje, kto nas uwiera, o kogo się przewracamy, bo jest dla nas skandalem.

Chrześcijaństwo nigdy nie może być znakiem przeciwko drugiemu. Kiedy świat patrzy na terrorystów i według swojej logiki ma prawo odwetu, my mamy podjeść do zakrwawionego nieprzyjaciela i opatrzyć mu rany. Też się tego boję i też wolałbym się nigdy w takiej sytuacji nie znaleźć. Ale to, że jest we mnie lęk przed taką sytuacją nie uprawnia mnie do zmiany treści Ewangelii.

Oglądając wiadomości – jako chrześcijanin – chce wołać do siebie i innych o wykorzystanie władzy jaką daje nam Bóg – byśmy odpuszczali grzechy. W przeciwnym razie nie tylko wiążemy czyniących zło, ale wiążemy także nasze serca, one stają się niezdolne do prawdziwej modlitwy do Ojca. Nie po to otrzymaliśmy wiarę, by być kolejnym sędziami nad ludźmi, ale byśmy w tym świecie byli kapelanami Jego Miłosierdzia.