Zaznacz stronę

O tak, bardzo lubię być księdzem w Polsce. Lubię, bo mają rację moi współwyznawcy z Polski często powtarzając mi: ciebie, jako księdza życie niewiele kosztuje. Od początku mojej pracy duszpasterskiej, która zaczęła się na pełny etat w 2007 roku mam szczęście do dobrych miejsc, a przede wszystkim – do dobrych ludzi. Najpierw katecheta, duszpasterz młodzieży i wikary, a teraz cztery lata uprawiam, jak to mówię żartobliwie – wolny zawód – jestem duszpasterzem powołaniowym. Szukam pracy w różnych miejscach, głoszę rekolekcje, daję je grupom zamkniętym, piszę, jestem w Internecie, kręcę vloga, mam łaskę towarzyszyć ludziom indywidualnie, głoszę kazania, spowiadam. Całe mnóstwo pracy, która daje mi niesamowicie dużo satysfakcji i nie jest wyczerpująca jak praca górnika czy pielęgniarki. W tych prawie dziewięciu latach był tylko moment, który (bardzo subiektywnie oceniając) sporo mnie kosztował i bardzo mnie skonfrontował, przez co wypadłem z strefy komfortu (jak to się teraz ładnie mówi).

Piszę o tym, bo serio chcę przyznać rację moim oponentom, że moje życie jest łatwe. I bardzo się boję dnia, w którym będę musiał to wszystko stracić. Będę musiał odejść z Krakowa, w którym dobrze i łatwo się pracuje, będę musiał żyć inaczej niż teraz. Jeszcze bardziej boję się tego, że kiedyś przyjdzie czas i warunki, kiedy ktoś podstawi mi nóż pod gardło i zada mi ból – nawet jeśli to będzie wysłuchana moja modlitwa o łaskę męczeństwa. Serio – boję się tego. Boję się tego, że kiedyś ktoś bliski zadzwoni do mnie i powie, że ktoś inny doznał krzywdy lub zginął, albo że cierpi. Boję się, bo wiem, że nie mam odpowiedzi na pytanie o cierpienie.

Tak – boję się tego.

Jednak nie mogę pozwolić na to, by to lęk dyktował mi warunki i to, co głoszę. Nie mogę pozwolić sobie na to, by jako człowiekowi, chrześcijaninowi i księdzu, a po drodze jezuicie, lęk był doradcą. Nie mogę. Nie mogę głosić, że mamy zamknąć nasz kraj przed obcymi, przed potrzebującymi uchodźcami pomocy, pisać i mówić, że oni są tylko świecą dymną dla terrorystów i ‘darmozjadów’. Uwierzyłem Jezusowi, który wbrew obawom i prawu spotkał na swojej drodze człowieka pokrytego trądem, który był zagrożeniem dla Niego i narodu. Wbrew wszystkiemu podszedł do niego i go dotknął. Nie udawał, że problem jest gdzieś „obok”, że problem na szczęście nie dotyczy Jego i współwyznawców. Ba! To współwyznawcy w imię religii nakazywali odrzucić człowieka „innego”.

Przeczytałem tekst pana Jerzego Bukowskiego zamieszczony na stronie najbardziej czytanego tygodnika katolickiego w Polsce. Przeczytałem i zamarłem. Do tego, że na podstawie sytuacji patologicznych tworzy się obraz całości – przywykłem. Zamarłem po ostatnim zdaniu, które brzmi: „Dobrze, że w Polsce nie mamy – na razie! – takich problemów“. Wracam do pierwszej części mojego tekstu. Po to poszliśmy za Jezusem, żeby mieć problemy, by się w nie ciągle pakować, bo On nie przyszedł przynieść nam poczucia komfortu. Ciągle utyskujemy w naszym Polskim Kościele na to, że Europa odchodzi od korzeni chrześcijańskich. Pomijam już sprawę tego, że to świetny wytrych do tego, by powiedzieć coś mądrego i związanego z religią a tak naprawdę niewiele powiedzieć. Chrześcijańskie korzenie Europy to nic innego, jak Ewangelia Jezusa Chrystusa, w której wyraźnie jest napisane, że mamy nigdy nie pozwolić sobie na powiedzenie, napisanie czy nawet pomyślenie to nie nasz problem. Jeśli dziś czytamy w Ewangelii, że mamy świecić w świecie i to tak, żeby ludzie widzieli to światło (uczynki), to nie możemy pozwolić sobie na święty spokój. Musimy przestać myśleć w sposób, który ma zagwarantować mi, nam (złudne) poczucie (s)pokoju.

Jeśli dalej będziemy pozwalać na to, by katolickie media służyły temu, że będziemy usypiać w sobie Boży niepokój, to psu na budę nasze chrześcijańskie korzenie i walczenie o religię w przestrzeni publicznej. Tak, to będzie religia, ale nie chrześcijaństwo. To będzie religia z kapłanami i przywódcami religijnymi, która będzie dawała ludziom narkotyk spokoju za cenę przynależności i uciszania proroków takich jak Franciszek. To wstyd, że w kraju, w którym szczycimy się pełnymi kościołami, biskup Rzymu, dla katolika Namiestnikiem Jezusa na ziemi, jest deprecjonowany w wielu miejscach. Religia, która nie dostrzega ludzi potrzebujących, nawet jeśli oni wykorzystują dobroć ludzi, staje się jeszcze jedną ideologią, której zadanie polega na obronie interesów jakiejś grupy.

To, że się boimy jest naturalne i mamy do tego strachu prawo. Jednak to, że idziemy za Jezusem nie uprawnia nas, w żadnych okolicznościach to tego, by ten strach stał się motywatorem naszego zamknięcia się i cieszenia się, że „problem nas nie dotyczy”.