Zaznacz stronę

Prawie dwa miesiące temu czytałem o tym, co pisał bp Damian Muskus o Tischnerze i zobaczyłem, że najważniejsze w życiu jest to, by być wiernym Bogu w sobie. Ja i ON – to pierwszy Kościół, pierwsza przestrzeń spotkania Boga i człowieka. Dopiero z tej podstawowej przestrzeni, najbardziej osobistej świątyni, wychodzi się na zewnątrz, do ludzi. Dziś już wiem, że znów mogę mówić i dzielić się z Wami tym czego sam doświadczam w Drodze. Więc piszę.

To była (i jest) bardzo długa i trudna droga. Jedna z tych, które są w życiu niezaplanowane, niechciane i kończą się wielkimi siniakami na całym ciele, a kiedy tych siniaków zbiera się dużo, to zaczyna boleć także serce, umysł i dusza. To jedna z tych, po której wracasz do domu, cieszysz się, że jednak żyjesz, bo mogłeś na serio nie żyć, ale nie daje ci to jakiejś wielkiej euforii. Masz tych siniaków dziesiątki, jeszcze więcej tych ukrytych, na początku chciałbyś swoim opowiedzieć o wszystkich, nawet zaczynasz to robić, ale widzisz, że wchodzić tak daleko w przeszłość nie jest dla nikogo ciekawe, że nie da się tego opowiedzieć, więc przestajesz. Wiesz, że musisz zostać z nimi sam. 

Gdzie byłem? Nie wiem. Czasem myślę, że to była strasznie daleka droga, a czasem myślę, że kręciłem się wokół domu. Wiem, że ci, którzy mnie obserwowali powiedzą tak samo: był daleko, wiele przeszedł, a inni powiedzą, że siedział w piaskownicy pod domem. Zapewne wszyscy mają rację. Ja nie wiem, gdzie byłem. Nie wiem, bo zaraz po przejściu pierwszych metrów zgasło słońce i cały czas było ciemno. Czasem tylko spotykałem ludzi stojących przy drodze, którzy dawali podpowiedzi, że ta droga kiedyś się skończy. To cisi towarzysze, bardzo często tacy, których bym się przy drodze nie spodziewał, bo liczyłem na innych, bardziej swoich. A jednak… 

Droga się nie skończyła, trwa, ale za mną – tak wierzę – najczarniejszy jej odcinek. Wchodzę teraz na polanę, wysoko w górach, siadam na jeszcze zielonej trawie, wyjmuję dobre piwo, o którym zapomniałem, że je mam, wyciągam kanapkę, zdejmuję buty i powoli jem. Pozwalam, by słońce, którego tak dawno nie widziałem, oświetlało moją bladą twarz i grzało stęsknione promieni policzki. Tak, chcę się najeść, nagrzać, by iść dalej. 

W moim najintymniejszym Kościele, Gospodarz był obecny cały czas. Jednak przez brak światła wiele jego zakamarków jest zapuszczonych, starałem się korzystać z bezpiecznych i znanych szlaków komunikacyjnych, by jeszcze bardziej się nie poobijać. Poznawaliśmy się w inny sposób niż do tej pory. Pokazywał mi, że miłość to jest coś, czego dalej nie rozumiem i daleko mi do zrozumienia jej. Gospodarz pokazał mi, że piękne i pobożne hasła potrafią być zgubne, kiedy się je głosiło w czasach koniunktury, i ich głoszenie nic nie kosztowało. Zobaczyłem, że za słowa wypowiedziane trzeba płacić. Walutą są łzy, które płyną wprost z rozdartego serca. 

Chcę na polanie posiedzieć, ucieszyć się niezasłużonym słońcem, znów móc skupić się na tych wszystkich odgłosach, których nie mogłem słyszeć, bo wszystkie zmysły były skupione na fizycznym przeżyciu, a wtedy człowiek nie widzi, nie słyszy i nie czuje, jak inni. 

Dziękuję tym, którzy stali przy drodze, i tym którzy stojąc przy niej, nie zrażali się moim stanem; tym, że wtedy ładnie nie pachniałem. Dziękuję tym, którzy szeptali Gospodarzowi o mnie i się w tym nie zniechęcili. Dziękuję wiernym mojej drodze. 

Z takiej drogi nie wraca się przemienionym, bogatym w doświadczenie, nawróconym. Z takiej drogi wraca się poobijanym. I zadziwionym, że się na niej znalazło. W szkole średniej rozczytywałem się w lekturach związanych z wojną i życiem obozowym. Zawsze mnie zadziwiało, że ludzie wracali z obozów i dalej byli sobą, nie byli herosami, nie byli zmienionymi, ale wracali poobijani i musieli stawiać czoła zwykłej codzienności. Po prostu byli ludźmi, którzy byli w obozie. Wszyscy pamiętamy to zdanie: ludzie – ludziom zgotowali ten los. Dziś, kiedy to piszę, Kościół czyta Mateusza, który zanotował słowa Jezusa: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Właśnie o to chodzi, by rozwiązywać, by korzystać z władzy rozwiązywania, a związywać to, co potrzebuje związania, nie człowieka, ale człowieka z Bogiem. 

Miłość do Kościoła i wspólnoty bywa – wcale nie czasami – bardzo trudna. Choć mamy wszystkie narzędzi aby czynić dobro, by kochać drugiego, bardzo często ranimy i zabijamy to, co w drugim najkruchsze. Zabijamy swoich przyjaciół w imię świętego spokoju, poprawności politycznej czy lęku przed herezjami, a później nie potrafimy im spojrzeć w twarz, udajemy, że ich nie widzimy, choć siedzimy na jednej ławce. Zabijamy relacje, bo łatwiej jest zabić niż iść z poranionym. Zabijając relacje, niszczymy zaufanie w innych, do nich samych i innych; sprawiamy, że ludzie już nigdy nie będą w stanie ufać na 100%.

Co dziś czuję? Kiedyś, podczas procesu swoich przyjaciół – robotników, Jerzy Popiełuszko wybiegł z sali rozpraw, a za nim lekarka. Zobaczyła, że siedzi skulony na korytarzu, myślała, że zrobiło mu się słabo, ale on powiedział jej, że ucieka od nienawiści i gniewu (na sytuację, która dotknęła niewinnych ludzi). Nie ma we mnie wielkiej radości z dzisiejszej decyzji. Raczej siedzę skulony na korytarzu i modlę się do Boga, by zabrał z mojego serca złość i gniew. Wielu ludzi przez te miesiące mówiło: zobaczysz jakoś się ułoży. To prawda, życie idzie dalej, jednak nie mogę ignorować tego, co się stało w moim (i nie tylko przecież w moim) życiu. Kiedy coś się kocha, to po rozwaleniu tego nie da się udawać, że jest po staremu.

Próbuję się zbierać, ale wiem, że droga przede mną jest bardzo długa. 

Nie miałem jeszcze publicznie ku temu okazji, więc chcę bardzo podziękować tej małej cząstce Kościoła w Opolu, na Czaplaka. Dziękuję chorym i starszym za trzyletnią modlitwę za mnie – słabego proboszcza. Dziękuję dzieciom, które uczyły mnie Boga na nowo, dziękuję dorosłym za wspaniałe relacje i przyjaźnie, za dzieła, które razem mogliśmy przez tę chwilę robić. Dziękuję za Waszą hojność, miłość i życzliwość wobec mnie. Dziękuję, że pozwoliliście mi być w tym, co Was boli, co jest Waszym sukcesem. Dziękuję, bo dzięki Wam zobaczyłem, że Kościół może być bardzo żywy i taki zwykły, nienadęty, codzienny. Za wspólne słuchanie Słowa o 7.00, za Msze o 11.00 i 16.00. Dziękuję całemu zespołowi naszych współpracowników – bez Was nie byłoby szansy na taki Kościół. Jestem Bogu i Wam bardzo wdzięczny, że mogłem być z Wami i jestem dumny, że mogłem być Waszym proboszczem.