Zaznacz stronę

SŁOWO

Kościół ma pokazywać, że Bóg jest Miłością, a miłość to przede wszystkim relacja. I nawet jeśli jako obraz naszej relacji z Nim weźmiemy małżeństwo, w którym przecież też są elementy prawa, to jednak podstawą relacji jest miłość. Prawo w stosunku do miłości jest drugorzędne i w funkcji pomocowej. Nie da się przeżywać relacji opartej na miłości z instrukcją w ręku. Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą, że można, ale każdy człowiek, który kocha czy kochał wie, że to nie działa. Owszem, prawo jest nam potrzebne, bo trzeba w momentach kryzysowych, wątpliwych do czegoś się odwołać, ale nigdy nie jest ono celem.

Franciszek jest jak prorok, pokazuje nam znaki, robi wiele gestów. Nikt rozsądny nie będzie mówił: „świata nie zmienił”, bo każdy rozsądny człowiek wie, że w gestach kogoś takiego jak papież chodzi o budzenie całego Kościoła do działania w małych wspólnotach. Rola proroka na tym polega, że robi on rzeczy czasem niezrozumiałe, czasem wbrew rytuałom i utartym schematom, żeby potrząsnąć ludem. By ludzie zaczęli zadawać sobie pytania, myśleć i wchodzić na drogę świadomych decyzji.

W Amoris laetitia, Franciszek zrobił dokładnie to samo. Nie znosząc prawa, pokazał, że relacja człowieka z Bogiem jest niepowtarzalna, że za każdym razem, kiedy mówimy o relacji trzeba zadać sobie trud (i ten, który ją przeżywa i ten, który ją opisuje i ten w końcu, który w niej pomaga) rozeznawania czyli pytania się co w danej sytuacji i okolicznościach, a dokładnie w życiu tego człowieka będzie większym dobrem czyli miłością.

Kiedy w Ewangelii pada sławetne i często wykorzystywane zdanie: „Tak – tak, nie – nie” (Mt 5,33-37), Jezus nie mówi, by wziąć to zdanie przeciw drugiemu, ale by uważać na siebie – by mówić prawdę. To zdanie nie jest po to, by od innych wymagać heroiczności. Ewangelia, którą pokazuję innym jest zawsze zaproszeniem do relacji z Bogiem, a nie mieczem przeciw drugiemu.

Są w Kościele ludzie, którzy stawiają papieża „pod ścianą”, mówiąc: powiedz „tak lub nie”, zachowują się jak ludzie, którzy chcieliby instrukcji mikrofalówki, a nie zaproszenia do rozeznawania konkretnych sytuacji. Tak, to jest trudniejsze, bo wymaga modlitwy, wzięcia odpowiedzialności, towarzyszenia ludziom, wsłuchiwania się w nich, współodczuwania z nimi. Jasne, że łatwiej jest powiedzieć: nie i nie! Możemy utyskiwać, że kiedyś ludzie słuchali, trzymali się nauki Kościoła i było jasne: wolno albo nie wolno – tak lub nie. Możemy, ale też warto sobie zadać proste pytanie: czy w tamtych czasach nie było grzechu, słabości i tragedii wielu ludzi? Była. Dobrze o tym wiemy.

Nie mam problemu z tym, by z osobą (w kierownictwie czy spowiedzi) lub małżeństwem usiąść i dać sobie czas na to, by rozeznawać, a więc (powtórzę) szukać tego, co będzie dla niech większym dobrem. Nie, to nie jest relatywizm moralny. Widzę jak ci ludzie się modlą, szukają, pytają, mają wątpliwości i cierpią. Jasne, że i ja (czy inny ksiądz) muszę wziąć trochę na siebie, jasne, że wygodniej byłoby mi wyjść z konfesjonału i odłożyć papiery (jak w urzędzie) na bok – sprawa załatwiona. Łatwiej, ale ja nie jestem urzędnikiem, który otwiera instrukcję i mówi: tak lub nie.

Rozeznawanie nie jest powiedzeniem: małżeństwo jest rozerwalne, a przykazania nie obowiązują. Rozeznawanie to powrót do samego początku Biblii, kiedy Bóg pyta człowieka: „Adamie, gdzie jesteś”? Bóg przecież doskonale wiedział gdzie jest Adam, ale Bóg wie, że człowiek potrzebuje tej odpowiedzi, bo w sytuacji, w której się znalazł nie ma sensu „płakać nad rozlanym mlekiem”, ale trzeba szukać nowych rozwiązań. Cel się nie zmienia – zawsze jest nim Bóg i dążenie do świętości, jednak drogi bywają pokręcone.

Być świadkiem miłosierdzia to na serio nie znaczy być relatywistą i człowiekiem, którego pogardliwi można posądzić o pozwolenie na każdy grzech. Nie – być świadkiem miłosierdzia to być człowiekiem świadomym swojego grzechu, tego, że każdego dnia Bóg mnie z niego wyrywa, a co za tym idzie mam pomagać w tym innym ludziom. Świadczę o tym, czego sam doświadczyłem. A żal i poprawa? One są, ale nie są często na poziomie nas zadowalającym, ale to już inna opowieść.