Zaznacz stronę

578440_368328926614017_1246251497_n
SŁOWO
Jestem po weekendzie spędzonym z samymi mężczyznami. Młodszymi ode mnie. Oni odkrywają coś, co mi udało się już odkryć, a teraz próbuję tym żyć. Świetną sprawą jest móc być z boku takiej grupy. Patrzeć, jak Bóg uczy kolejnych ludzi bycia dorosłym facetem, odkrywania swojej męskości. A najbardziej fascynujące jest to, kiedy mężczyźni zmagają się z tym, co boli. Ten moment, kiedy musisz zdjąć swoją maskę. A później przypomnieć sobie prawdę, że żyjemy w sytuacji nieustannej wojny. A gdzie wojna tam leje się krew, pojawiają się rany. Zgodzić się na to, że one są, będą i muszą być. Nie jest naszym celem przejście przez życie w maseczce na twarzy!
Rany mogą być dwojakie. Mogą nas zabić i mogą być powodem dumy.
Dobra nowina polega na tym, że każda twoja rana może być źródłem dumy i siły. Odrzucenie, zranienie, poczucie winy, to wszystko co sprawia, że jako facet czujesz się zgnojony, mało męski, może stać się chwalebną raną, po której blizny będziesz pokazywał kumplom.
Problem polega na tym, że my źle lokujemy siły. Zużywamy je na to, by za wszelką cenę ran nie odnieść, by nas nie bolało, by się w życiu nie spocić.
Zaryzykowałbym tezę, że powołaniem faceta jest zdobywanie ran. Że właśnie to w jakiś sposób nas określa. Bo przez to uczymy się honoru i prawdziwego męstwa.
Ważne jest, by ranę zauważać, nazywać i wiedzieć do Kogo z nią pójść. Do Tego, który czyni wszystko nowe. A jak już uczyni nowym, to nie wspominaj (nie kochaj tych wspominków) rzeczy dawnych, ale idź do przodu. Jutrzejszy dzień przyniesie ci wiele nowych, lepszych spraw, zaangażowań.
Uproszczenie? Może tak. Alternatywa jest brutalna – możesz dalej siedzieć i płakać nad rozlanym mlekiem, a po co?