Zaznacz stronę

Jezus wyraźnie mówi, że mamy wziąć SWÓJ krzyż. Nie czyjś, nie od kogoś, ale swój. I jak już go weźmiemy, mamy Jezusa naśladować w noszeniu krzyża.

Krzyż dla Jezusa nie był celem. Nie było też tak, że Ojciec sobie wymyślił iż Jezusa ukrzyżuje ludzkimi rękoma, by poczuć się usatysfakcjonowanym, po widoku Krwi Swojego Syna. Jedno, co Ojciec „wymyślił” to, to, że zbawi ludzi. W Osobie Jezusa, a więc On sam – nie zapominajmy o tym – pojawia się na ziemi i zaczyna głosić Królestwo Boże, które nie jest niczym innym jak tym, że Bóg tak bardzo ukochał świat i ludzi, że staje się jednym z nas. Jest blisko, a bliskość to miłość. Głosi tak radykalnie miłość do człowieka, że ten nie wytrzymuje i zabija Tego, który przychodzi z orędziem miłości.

Jezus nie ukochał krzyża dla niego samego, Jezus ukochał krzyż jako sposób do ogłoszenia ludziom miłości Ojca. Miłości Swojej – Boga do człowieka.

W braniu (i ukochaniu) swojego krzyża nie chodzi więc o pochwałę cierpienia czy cierpiętnictwa. Chodzi o ukochanie sposobu na głoszenie miłości do człowieka. I nie idzie tu tylko o tzw. powołanie, ale o całe swoje życie. Ciało, duszę, powołanie, relacje, pracę, hobby, radość, smutek – wszystko to, co dzieje się w naszym życiu. Wziąć swój krzyż i Go naśladować, to radykalnie – całym sobą – głosić nadzieję, że zło jest pokonane i jedyna siła, która ma władzę, ma na imię Bóg jest miłością.

Tak, tym krzyżem może być także cierpienie i choroba, podkreślam – może.

KLIK