Zaznacz stronę

Jezus i Ewangelia zawsze są nowością, nie tylko wtedy, gdy przyszedł na Ziemię.

Wierzymy, że każda Eucharystia jest dokładnie tym samym wydarzeniem, które miało miejsce w wieczerniku. A gdyby pójść tym samym tropem i czytać w ten sposób Jego Słowo, nie jako zapis czegoś, co Jezus kiedyś powiedział i kiedyś było nowością, ale jako Słowo Żywe, które dziś jest tak samo świeże, szokujące, jak wtedy, kiedy je wypowiadał. Jezus ciągle przychodzi ze świeżością, On nie tylko mówił do faryzeuszy – skostniałych przedstawicieli judaizmu, ale mówi także do mnie – chrześcijanina, który wydawać by się mogło jest już w czasie „nowych bukłaków”.

Żyję jakby na granicy dwóch Kościołów. Tego z dwutysiącletnią tradycją, hierarchią (sam będąc księdzem i zakonnikiem) i wszelkimi przepisami. I tego, który tworzą zwykli ludzie żyjący w rodzinach, pracujący, wychowujący dzieci i nie mający czasu na rozważanie różnych casusów, które zaprzątają pobożne głowy duszpasterzy i hierarchii. Jest dla mnie jasne, że to jeden i ten sam Kościół, że każda z tych części jest ważna dla drugiej, że nie można ich przeciwstawiać.

A jednak często odnoszę wrażenie, że gdyby Jezus powtórzył manewr z Wcieleniem, to dziś nam – księżom i biskupom, powiedziałby to samo: trzeba nowych bukłaków. Przyzwyczajamy się do starych schematów myślenia, do tego, że Jezusa, który przyszedł z wolnością, chcemy wcisnąć w stare Prawo, zmieniając Mu tylko szyld. Ciągle pokutuje w nas myślenie Starego Przymierza: jeśli zrobisz to i to, osiągniesz zbawienie. Ciągle tak trudno nam przestawić kolejność: najpierw Miłość i Łaska, z której wynika działanie. Diabeł zwycięża w kolejnych pokoleniach, w mentalności, zwyczajach i przekazywanej nauce, wlewając nam w umysły i serca przekonanie, że w naszej wierności i naszym działaniu jest nasze zbawienie. Nie jest.

Nie da się być chrześcijaninem i zarazem budzić się każdego ranka z przekonaniem, że ja wiem. Wiem, kim jest Jezus, co znaczy być zbawionym, posiadać określone tradycje, które mnie doprowadzą do nieba. To wszystko jest za kruche, to wszystko jest otoczone nicią delikatnej łaski, a nie stalowymi prętami raz na zawsze określonych schematów. To, co piszę, nie jest przeciwko komuś. To napięcie jest w każdym z nas. W każdym z nas, idąc za myślą św. Pawła, jest stary człowiek, który nie chce przyjąć świeżości Jezusa, ta część z nas, która raz coś sobie wypracowując, chce przy tym pozostać, bo czuje się w tym bezpiecznie, nie zauważając, że to przysłania Boga żywego, Boga niewygodnego, uwierającego.

Młode wino to jest coś, co fermentuje, jest niespokojne, trudne do okiełznania. A jak wygląda nasze chrześcijaństwo? Nas już nic nie zaskakuje, idziemy na Liturgię i wiemy, jak i co będzie się działo, trzeba nam specjalnych fajerwerków, by nas obudzić. Piszemy artykuły o duchowości, wymyślając coraz to nowe sposoby docierania do ludzi, a tymczasem nasze serca są jak stare wino, leżące od lat w piwnicy.

SŁOWO