Zaznacz stronę

VLOG

Dzisiejszy fragment Ewangelii to nic innego jak testament. Ostatnia wola Jezusa.

Dziś uświadomiłem sobie, że to już siedem lat, jak ojciec Staszek Tabiś wyjechał z naszego domu we Wrocławiu i już do niego nie wrócił. Pożegnał się, jak przed każdym wyjazdem do szpitala, a zawsze liczył się z tym, że może już nie wrócić. Myślę, że wszyscy mamy w pamięci jakieś pożegnanie, które okazało się ostatnim, nawet jeśli to nie była kwestia śmierci. Mówimy sobie wtedy słowa najważniejsze.

W sześć tygodni po Wielkanocy można już zapomnieć o tamtych wydarzeniach. Przejść nad nimi do porządku dziennego. I z jednej strony trzeba tak. Jak po każdej śmierci, odejściu, trzeba wrócić do życia. Jednak z drugiej strony, dobrze czujemy, że jeśli ktoś bliski odszedł, to już wszystko jest inne. Nie gorsze, ale inne. W naszym domu  we Wrocławiu też wróciło normalne życia, ale dom stał się inny bez  Staszka.

Po świętach trza było wrócić do życia. Jednak nie do końca. Po to Chrystus umarł i Zmartwychwstał, abyśmy mieli życie. Nie tylko życie wieczne, ale życie tu, na ziemi. Życie w sensie chęci i radości. On mówi dziś o posłaniu nam Pocieszyciela, czyli Kogoś, kto swoją obecnością ma sprawić radość. Wiem, że dobrze się słucha zachęt do radości, ale wiem też, że włączają się w nas od razu pytania. Jak się tu cieszyć, kiedy ledwo wiąże się koniec z końcem, kiedy choroba w domu, a w aptece zostawia się pół emerytury, jak się tu cieszyć, kiedy żona obrażona, a mąż mnie nie zauważa? Więc o jaką radość chodzi Jezusowi? Taką, jaka wypływa z tego, co widzimy patrząc na Jezusa i Ojca. Jak bardzo są ze sobą zjednoczeni. Mamy to przełożyć na nasze relacje. Nasza radość to nie ma być zadowolenie, choć jak jest – to dobrze, ale umiejętność szukania dobra w drugim. Umiejętność takiego patrzenia na życie, że ja chcę szukać dobra w sobie i w innych. Z tego rodzi się radość, którą przynosi Pocieszyciel. Ta radość wypływa z dźwigania ciężarów innych. I znów nie chodzi o wielkie rzeczy. Czasem starczy, jak kogoś nie obgadamy i w ten sposób nie dołożymy się do zła, jakiego ta osoba i tak doświadcza. Czasem to zwykły kwiatek dla zapracowanej w kuchni żony. Czasem to zwykłe docenienie tego, że mąż równo, obrazek powiesił, czasem to pochwalenie dziecka, że śmieci wyrzuciło. Ta nasza radość, wypływająca ze Zmartwychwstania, z przyjścia Pocieszyciela, to nic innego jak przemienianie naszej codzienności, do której po świętach wróciliśmy w sposób bardzo prosty, ale jakże skuteczny, bo przynoszący radość.

Jezus w swoim dzisiejszym testamencie mówi także o pokoju. Wszyscy o nim mówią. Politycy, ludzie Kościoła. Wszyscy chcą go rozumieć po swojemu. Stawiają warunki. I to nie tylko ci najwięksi w tym świecie. My też. Zobaczcie, ile razy jest tak w naszych domach, że mówimy, czy raczej dajemy do zrozumienia bliskim, że w domu będzie pokój, pod warunkiem, że cała reszta się do nas dostosuje? Jednak ten pokój okazuje się, często, bardzo kruchy. Wystarczy mała, przysłowiowa szpilka i wszystko się sypie. Oczywiście, zostańmy w naszych domach, nie myślmy o tych wstrętnych politykach z rządu, czy spoza niego. Myślmy o tych relacjach, w których od nas dużo zależy. Jesteśmy mistrzami we wprowadzaniu tak zwanego świętego spokoju. Święty spokój to nic innego jak stan, w którym mnie, ma być dobrze. Nie drugiej osobie, a mnie. Boimy się o siebie, często przesadnie, żeby tylko ktoś nie rozwalił nam naszego małego światka. A Jezus dziś mówi: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka.

Jeśli dla nas, chrześcijan, ważny jest testament Jezusa, to trochę, albo nawet bardzo trzeba nam zmienić nasze myślenie o pokoju. Trzeba nam się nawrócić. Zobaczyć, że to nasze postrzeganie pokoju, to nasze dążenie za wszelką cenę do świętego spokoju wynika nie tylko z naszego egoizmu, ale z tego, co dziś demaskuje Jezus. Z lęku. Warto czasem, w szczerości przed samym sobą, przyznać się do tego czego się boimy, do naszych lęków, codziennych zmor, by odkryć, że to one są często motywem naszego działania, gadania.

Nie tak jak daje świat, Ja wam daję pokój. Chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego ze świętym spokojem. Ono jest raczej świętym niepokojem. Dzień, w którym odkrywamy, że nasze życie jest już spokojne, ułożone, takie akuratne, to będzie początek naszego końca. To dzień, od którego zacznie się nasze patrzenie spode łba na innych, nasze szukanie kompromisów, byleby tylko nam było dobrze. Nie chciejmy tego, nie chciejmy żyć w świętym spokoju, na zasadzie jakoś to będzie. Mam swój schemacik. Kościółek w niedzielę, ładny uśmiech w sklepie, grzecznościowe co słychać. I powrót do swoich czterech ścian, w których wypowiadam tylko jedynie słuszne opinie o tych wstrętnych politykach, o tej wstrętnej Kowalskiej, o tej paskudnej młodzieży.

Jezus dzisiaj jakby stawiał warunek. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się. Zobaczcie, my jesteśmy smutni. My się nie radujemy, czasem jak powiem „uśmiechnijcie się”, to część z podejrzliwością to czyni. Ostre są te słowa Pana. Może dziś trzeba nam zakwestionować naszą miłość do Niego? Może my Go nie miłujemy, tylko się Go boimy, więc tu przychodzimy? Jeśli tak jest, to żyjemy w schemacie pokoju światowego, a więc pewnego kompromisu. Również z Bogiem. Ja tu przychodzę, Ty mi daj. Ojcu zależy na naszej miłości. A w miłości jest szaleństwo, jest ruch, jest święty niepokój. Powiedzmy dziś Panu, że pragniemy świętego niepokoju

SŁOWO