Zaznacz stronę

Jestem księdzem, dokładnie od dziewięciu lat. 28 czerwca 2008 roku, biskup Jan Zając (z Krakowa) położył na mojej głowie ręce i przekazał mi dar. Niezasłużony, który kompletnie mi się nie należał i nie należy. Dziewięć lat to nie jest znów tak dużo, ale z drugiej strony to już jest całkiem dobre doświadczenie.

Cztery lata pracowałem na parafii, później cztery jako powołaniowiec. A ostatni czas to III probacja. Tysiące ludzi, Mszy świętych, spowiedzi, kazań, rekolekcji. Mnóstwo momentów zwątpienia i wielkiej radości. Kilka roczników w gimnazjum, kilkadziesiąt osób, które ciągle jeszcze mówi na mnie „tato”. Ten czas to także kilometry wędrówek z młodymi i jeszcze więcej przejechanych na rowerach. Tysiące kilometrów spędzonych w samochodzie i kilkanaście osób w zakonie.

Osiem lat, w których było mnóstwo słabości i sporo grzechu. Na obrazku prymicyjnym napisałem modlitwę o to „bym nikogo nie stracił”. Wiem, że straciłem już sporo ludzi, że nie udało mi się ich przy Panu Jezusie utrzymać. Wiem, że są osoby, które przeze mnie (tak deklarowały) przestały praktykować. Są dla mnie dużą dziurą w sercu, mam nadzieję, że Bóg jest większy od mojej małości i większy od ich zranienia i wyprowadzi dużo dobra z tych sytuacji. Ten czas, to także czas kiedy moje serce było bardzo mocno podzielone, bardzo mocno kochające nie tylko Tego, któremu ślubowałem.

Na obrazku miałem też to, co mam wyryte na nadgarstku: Uwiodłeś mnie Panie. Tak czuję się uwiedziony – czasem chciałbym już odejść, ale nie potrafię, bo On bardzo mocno trzyma, pomimo mojej niepewności i niewiary.

Przytrafiło mi się to bycie prezbiterem jak coś, co kompletnie jest niezrozumiałe. Jak coś, co dzieje się jakby obok mnie (tak czuję od początku). Jestem bardzo słabym i wystraszonym człowiekiem, który każdego niemal dnia jest stawiany w sytuacjach, od których przez całe życie uciekał. Jestem człowiekiem, który z racji święceń, ale i już powoli wieku, staje się autorytetem dla innych czy punktem odniesienia. To wcale nie jest łatwe. Czasem nawet bardzo zawstydzające. Znam swoje słabości i często mnie one przygniatają, a w tym samym czasie inni przychodzą z równie wielkim, albo i większymi i chcą moc. Ona jest z Niego, ale jednak idzie przeze mnie.

Bez kokieterii: jestem kiepskim księdzem. Słabo się modlę, słabo wierzę, nie skończyłem specjalizacji, w ogóle moja przygoda wśród intelektualnych elit Kościoła zaczęła się od pytania ówczesnego prowicjała, który wziął moje świadectwo maturalne: co to jest? Nie mam wielkich zasług dla Kościoła, nie mam na swoim koncie spektakularnych nawróceń. Jestem takim bardzo przeciętnym księdzem. Piszę o tym, bo mam świadomość tego, że Bóg przeze mnie działa, ale to On działa. Zawsze się śmieję, że Bóg robi sobie ze mnie jaja, bo to wszystko, co dobre dzieje się jakby obok, jak napisałem wyżej. Ale się dzieje i za to Mu bardzo dziękuję.

Bardzo dziękuję Bogu też za to, że ostatnie lata bycia księdzem są tak trochę jakby w Big Brotherze – że ludzie sporo o moim życiu wiedzą. To po części mój świadomy wybór. Obiecałem sobie na początku, że postaram się z mojego księdzowania – na ile to możliwe – nie robić tabu. Żyję z łaski ludzi i Boga, żyję z pieniędzy, które dają mi ludzie, żyję za coś, co mi się kompletnie nie należy i dobrze żyję. Dlatego właśnie nie mogę się odgradzać od ludzi.

Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele dobra.

Dziękuję.

I przepraszam.

13501839_1034408409930112_2259718098491276676_n