Zaznacz stronę

SŁOWO

Ciągle spotykam ludzi wierzących, którzy twierdzą, że nie grzeszą, albo mówiąc bardziej kolokwialnie – nie mają grzechu. Czasem – o zgrozo – myślę o sobie w ten sposób. Czasem wymyślamy abstrakcyjne grzechy: brak skupienia na modlitwę, przeszkadzanie na religii (jakby matma była mniej ważna), przechodzenie na czerwonym świetle czy wiele innych takich…

Dzisiejsze Słowo mocno się z takim myśleniem rozprawia. Nie ma chrześcijaństwa (wiary w Boga, tak jak to rozumie Ewangelia) bez odniesienia do człowieka. To drugi człowiek jest moją drogą do Boga.

Kiedy dziś siadłem do modlitwy, pierwsze co przyszło mi na myśl, to moje wczoraj kilka interakcji w internecie. Nie, nikogo nie skinąłem, nikomu nie groziłem, nie pisałem anonimowych hejterskich komentarzy, a jednak było kilka takich momentów, w których myślałem o drugim, może nie tyle z pogardą, co z takim podtekstem: fajnie jakby tego człowieka nie było na mojej drodze. A wczorajsza kolęda. Kilkanaście rodzin odwiedzonych – wiem, że nie u wszystkich chciałem być tak samo. A moi współbracia? Przecież wiem, że nie z każdym i zawsze chce mi się być, rozmawiać.

Tylko jeden dzień, a było tyle okazji do tego, żeby się przekonać, że w subtelnościach nie kocham Boga w człowieku, czyli nie kocham Boga. A grzech jest niekochaniem Boga. Bo o miłość chodzi w grzechu.

Co na przyszłość? Ewangelia pokazuje kierunek: posłał mnie Pan. Chrześcijaństwo nie jest siedzeniem w przeszłości, w oskarżaniu siebie za przeszłość. Jest posłaniem. Popatrz w przeszłość, nawija ją po imieniu, nie szukaj winy w drugim (czyli się nie usprawiedliwiaj), i idź do przodu.