Zaznacz stronę

Pojawia się czasem w chrześcijaninie pokusa sterylności. Na różnych poziomach naszego życia – rodzinnym, koleżeńskim, religijnym, osobistym – tworzymy swoiste getta, do których nikogo nie wpuszczamy, albo wpuszczamy tylko tych, którzy znają nasz tajemny kod. Takim gettem może być także grzech. Mój lub kogoś innego. Mogę się zamknąć w swoim grzechu i nie wpuszczać tam nawet Boga, wmawiając sobie, że nie ma sensu, by z niego wychodzić, że i tak on wróci, bo zawsze wracał. Pytanie, które warto sobie postawić – tęsknię bardziej za Bogiem, czy za moim grzechem? Mogę też – drugiego człowieka odgrodzić od siebie, bo uważam, że jego grzechy mogą mi zagrozić, bo boję się zarażenia. Może mi się wydawać, że mam prawo do pogardy grzesznikiem. I tu musi paść to samo pytanie: wierzę bardziej Bogu, czy złemu?

W Ewangelii dostajemy obraz, który może nas już nie wzruszać. Pojawia się trędowaty, prosi o zdrowie, Jezus go uzdrawia, do tego autor dodaje kilka zdań o tym, co później się wydarzyło. I tyle. Kolejna opowieść ewangeliczna w naszym życiu. Jednak to, co się wtedy wydarzyło, to było niesamowicie odważne spotkanie.

Trąd był w owych czasach najgroźniejszą nieuleczalną chorobą. Zarażało się nim niezwykle łatwo: przez dotknięcie chorego, dlatego też chorzy byli bezwzględnie izolowani od społeczeństwa w specjalnych gettach. Nie wolno było im zbliżać się do miejsc publicznych. Gdy przypadkiem zbliżali się do chorego ludzie, ten musiał natychmiast specjalną kołatką sygnalizować swoją niebezpieczną obecność i szybko usuwać się z drogi. Kto tego nie przestrzegał mógł być bez sądu ukamienowany. Trędowaci byli ludźmi przeklętymi, umarłymi za życia.

Napisałem wcześniej, że to było odważne spotkanie. Było takim dla jednego i drugiego bohatera. Najpierw chory. Żeby się zbliżyć do Jezusa, musi złamać wszystkie możliwe zakazy. Jaka musiała być w nim determinacja, jaka siła, która pchała go do zdrowia i normalności? Podejmując decyzję podejścia do Jezusa, nie tylko musiał przełamać wstyd z powodu swojego wyglądu, ale także strach przed ukamienowaniem. Jednak zauważmy, trochę odnosząc się do naszego strachu, zapewne największymi lękami, który musiał pokonać, wcale nie były te wymienione, od strony fizycznej niewiele już mógł stracić. Największym strachem, musiała być obawa o to czy się uda. Czy ten jego desperacki krok odniesie skutki? Czy to, co zamierza uczynić rzeczywiście oznaczać będzie sukces? A co będzie jeśli się nie uda? Dostanie po głowie, okaże się, że jest naiwniakiem? Druga osoba tego dramatu, to Jezus. Wiedział doskonale, co mówi na temat takich spotkań Prawo. Wiedział, że jest to spotkanie publiczne, i że gorliwi zaraz, komu trzeba doniosą, a to będzie się równało z oznajmieniem, że sam jest nieczysty. To było złamanie zakazu, zwyczaju, schematu. Przez to dotknięcie Jezus stał się jednym z trędowatych, a więc sam siebie wykluczył ze społeczeństwa. Ta droga, takie podejście do innych ludzi, zaprowadzi Go na krzyż. Zostanie przecież zabity dla dobra narodu i religii, dla dobra czystości schematu.

Jeśli chcesz możesz mnie oczyścić. I znów. Z jednej strony możemy powiedzieć, że on bardzo pokorny jest – jeśli chcesz, zapewne większość mówiących z ambon powiedziała, że to oznaka wielkiej wiary i pokory. Jednak wcale nie koniecznie tak musi być. Byłoby to kolejne potwierdzenie, że kiedy stajemy przed Jezusem to musimy się uniżyć, musimy się upokorzyć przed wielkim Bogiem, który może raczy nas wysłuchać. A może to jest po prostu taki typ asekuranta, który boi się porażki. Dodając: jeśli chcesz, zawsze można później powiedzieć widocznie On nie chciał. A może po prostu jest to wojownik, który ani się nie upokarza, ani się nie asekuruje, tylko po prostu wierzy, to znaczy odnosi swoją rzeczywistość do Ojca?

Nie wiem jak myślał ten trędowaty. Ale może warto siebie zapytać – jaki ja jestem. Sługa wielkiego króla, przed którym muszę się upokarzać, człowiek asekurant, a może jednak jest we mnie pragnienie Ojca? Ojca, którego nie muszę się bać, nie muszę się przed Nim asekurować? To trudne. Jednak z Bogiem tak jest. To jest jazda bez trzymanki. Totalne zaufanie, totalne nie-kombinowanie i przygoda. Postawienie wszystkiego na jedną kartę.

Właśnie Paweł w II czytaniu o tym mówi. Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie. Co to znaczy? Niech nie będzie w naszym życiu strefy wyłączonej z Boga. Dosłownie. Nie zapraszajmy Boga tylko w kościele, gdzie jest Najświętszy Sakrament. Zaprośmy Go do swojej kuchni, do swojej łazienki i sypialni. W takie strefy zapraszamy tylko najbliższych. I właśnie o to idzie, niech w życiu nie będzie miejsc wyłączonych.

Cokolwiek robisz, umiej to robić z Ojcem. Nie ze strażnikiem Teksasu, ale z Tatą, który chce być obecny, bo wyobraź sobie, że On kocha być przy tobie. I nie jest to gadanie bajkowe. Naprawdę kocha być przy tobie. Bez względu, czy masz 15, czy 60 lat; czy jesteś kobietą, czy mężczyzną; grzeszny bardzo, czy mniej. On cię kocha. Nie musisz udawać, nie musisz się upokarzać, nie musisz się wstydzić, nie musisz grać. Możesz być sobą, cały czas.

Może warto zaryzykować i powiedzieć o sobie, tak jak o sobie mówi św. Paweł? Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa. Dlaczego by nie zaryzykować takiego radykalizmu? Nie pozwólmy włączyć złemu w nas opcji asekuranta. Nie pozwólmy wyrwać sobie tego pragnienia. Życie bez trądu, a więc bez strachu, jest dla nas, jest dostępne. Chciej tylko zawalczyć.

SŁOWO