Zaznacz stronę

koniec (12)

SŁOWO

Paweł pisze o tym, że wielkim pragnieniem jego serca jest to, by inni przyjęli Ewangelię, którą on sam otrzymał od Pana, jako ktoś jej niegodny.
Ostatnie pięć dni spędziłem wraz z Wojtkiem i Damianem w Starej Wsi, na rekolekcjach powołaniowych. Towarzyszyliśmy 23 młodym mężczyznom, którzy przed Panem zadawali sobie pytanie – co mam w życiu robić? Uczyli się duchowości ignacjańskiej, w tym kilku narzędzi jezuickiego sposobu myślenia. Wszystko po to, by pomóc sobie w podjęciu decyzji. Niesamowitą frajdą jest patrzeć z boku na to, kiedy młodzi faceci się modlą. Taka modlitwa nie jest łatwa. Godziny spędzone na samotnej modlitwie, kiedy trzeba odejść od świata są trudne. A oglądanie tego trudu jest dla mnie, za każdym razem czymś pięknym.
Wspominam o tych rekolekcjach, bo i we mnie, podobnie jak w Pawle, jest silne pragnienie, by Ewangelia stawała się dla innych, nie tylko jakąś teorią do wyznawania, ale Słowem, które ożywia, daje wolność w myśleniu, działaniu i w stawaniu się odważnym, wyzwolonym z wszelkiego musisz.
Duchowość Ignacego uczy człowieka daleko posuniętej samodzielności w wierze. Ignacy jest kimś, kto twardo stąpa po ziemi. Zaczyna całą wędrówkę od poznania siebie, swoich uczuć, emocji, historii życia. Nie każe się tego wypierać, odcinać, ale uczy, jak to wszystko wykorzystać do twórczego bycia z Bogiem tu i teraz.
Ten czas w Starej Wsi, szczególnie na Willi starowiejskiej, był też wspominaniem moich początków w (z) TJ. Uświadomiłem sobie, że to już 22 lata minęły, jak tam przyjechałem pierwszy raz. Był taki fajny moment, kiedy rozmawiałem z Markiem spacerowaliśmy i w pewnym momencie z naprzeciwka minął nas rozmawiający z kimś o. Tadeusz Hajduk. Wtedy, 22 lata temu on był promotorem powołań i spacerował tak ze mną. Nie, nie chodzi mi o tani sentymentalizm. Ten obrazek, pokazał mi to od czego zacząłem ten wpis. Realizuje się moje pragnienie, by Ewangelia stawała się dla innych codziennością. Inni ludzie, nowe pokolenia idą za Panem, tak jak ja kiedyś za Nim poszedłem. To jest wielka radość. To jest moja pasja.
Ale to wszystko ma też drugą stronę. Kiedy panowie wyjechali już ze Starej Wsi, napisałem mojemu przyjacielowi tak: wiesz Łukasz, dziwny jest ten moment, kiedy po kilkudniowym napięciu, kończy się robota i zostajesz sam. Nawet Pan wydaje się odpoczywać. Zostajesz sam. Wyhamowujesz i to nie jest proste. Zostaje pytanie i troska o to, jak poszło, na ile pomogłeś, na ile byłeś przeszkodą?
Ewangelia przynosi odpowiedź. Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Niby to, jako chrześcijanin, jezuita i ksiądz, doskonale WIEM. Od wiedzieć do żyć jest milion kilometrów.
Jestem jezuitą i chciałbym by wielu facetów nim było. Może pysznie i bufonowato, ale twierdzę, że to najlepsza droga na świecie. Ja się w tym realizuję, to daje mi wolność i pasję życia. Ten sposób życia, myślenia, działania sprawia, że chcę żyć pomimo moich słabości, grzechów i ograniczeń. To jest jedna strona. Druga jest taka, że Jezus przychodzi z Ewangelią, która mnie ustawia do pionu i mówi, nie Towarzystwo, nie pasja, ale Ja jestem najważniejszy.
Jest jeden cel chrześcijaństwa, Towarzystwa Jezusowego. Katolików, protestantów, prawosławnych, egzorcystów, tradycjonalistów, postępowców, papistów, tych od Piusa X i Franciszka, tych z pokolenia JPII i pokolenia BXVI. Celem jest pokazywanie Ojca. Pokazywanie Ojca, nie siebie, swojej pobożności, charyzmatu.
Nie jestem godny głoszenia, ale to robię. Nie jestem godny bycia Jego uczniem, ale nim jestem. I szczycę się tym, że nie jestem tego godzien. To jest moja polisa bezpieczeństwa. Dzięki niegodności Bóg ciągle jest mi potrzebny.
Dobrze być jezuitą, bo mogę odkrywać to, że będąc grzesznikiem Pan pozwala mi być apostołem. Poronionym słabym, nie mającym żadnej mądrości, pewności, niczego. Poroniony to odrzucony, martwy, bez przyszłości. A jednak z Nim poroniony znaczy pełen nadziei.