Zaznacz stronę

Od przeszło trzydziestu lat się spowiadam, a od ośmiu także spowiadam innych. Pamiętam moją pierwszą spowiedź, w sobotę poprzedzającą I komunię, ale równie dobrze pamiętam pierwszą spowiedź, w której byłem spowiednikiem. Pierwszy raz spowiadałem pod gruszą, pod drzewem. Wspominam o tym szczególe, bo on póki co naznacza cały ten czas kiedy jestem spowiednikiem. Ciągle niekonwencjonalnie. Pod gruszą, na ławce, na Plantach, w samochodzie, w kolejce do konfesjonału, przy łóżkach chorych, w pokoju, rozmównicy. Wszędzie to Jego Miłosierdzie dochodzi. Mogę więc powiedzieć, że mam już całkiem spore doświadczenie spowiedzi, że jest ona dla mnie codziennością.

Każdy z nas, bez względu na to, z której strony kratek się znajdujemy doświadcza trudności ze spowiedzią. Nie tylko ci, którzy się spowiadają, ale także spowiadający. Inaczej wygląda spowiedź po dłuższym czasie, owszem pełna napięcia, ale niesamowitej wiary, że to koniec z grzechem, a inaczej regularna spowiedź z tych samych grzechów, gdzie człowiek jest już zmęczony swoimi słabościami i ciągłym powtarzaniem upadków. Wielu z nas, kiedy wypowiada słowa, które wyrażają naszą nadzieję, że więcej już się to nie powtórzy, wie w głębi serca, że to raczej tylko nasze pobożne życzenia.

Mamy problem z żalem i byciem lepszym/innym po spowiedzi. Do tego bardzo często słyszymy, że skoro nie żałujesz i się nie poprawiasz to źle się spowiadasz, a czasem nawet, że spowiedzi są nieważne. Uporałem się z tymi wątpliwościami (jako spowiednik i spowiadający się) po lekturze dwóch tekstów. Pierwszy z Ewangelii Jana (8,1-11), opowiadający o kobiecie przyciągniętej do Jezusa, aby ją potępił. Drugi – klasyk z Ewangelii Łukasza (15, 11-32), opowieść o Ojcu Miłosiernym (albo synu marnotrawnym jak kto woli). Obydwa teksty są dla mnie obrazem spowiedzi, czyli momentu w którym człowiek w grzechu spotyka face to face Boga przebaczającego.

Kobieta nie przyszła do Jezusa po dobrze przeżytych „pięciu warunkach dobrej spowiedzi” (żeby było jasne – nie neguje ich, one mają swoją mądrość, są potrzebne i daje mi je mój Kościół, któremu wierzę), ale została wyrwana z łóżka jakiegoś gościa. Warto zacząć od motywów dlaczego w ogóle do tego łóżka wchodziła. Grzeszymy, bo dajemy się zmanipulować złemu duchowi, i jasne jest, że to jest NASZA decyzja, ale to zawsze jest dramat. W każdym razie ktoś ją do Jezusa przyprowadza, ciągnąc za szmaty. Ona wcale tego nie chciała i nie planowała. Kiedy się pojawiła przed Jezusem nie miała w sobie żalu, ale strach przed śmiercią, nawet nie wiemy czy wierzyła w Boga. To, czego napewno doświadczyła to Zbawiciela – Kogoś, kto w obliczu zagrożenia i śmierci stanął w jej obronie, a jeszcze przed momentem wydawało się, że pierwszy rzuci kamień (bo mógł to zrobić w imię religijnego prawa). To wybawienie jej z śmierci sprawiło, że odeszła z przebaczeniem (Ja ciebie nie potępiam) i prawdopobnie z postanowieniem nie wracania do prostytucji.

Syn nie przyszedł do ojca po żalu za to, co zrobił. Jedyny żal jaki się w nim pojawił to ten, że było mu źle. Wprawdzie, kiedy wraca do ojca przygotowuje sobie formułkę tego, co powie (jak wielu z nas – szuka słów w jakie ubrać swój grzech, myślę, że wszyscy mamy to samo przekonanie: nie możność ubrania w słowa swojego grzechu), ale kiedy ojciec wybiega mu na przeciw i nawet zaczyna recytowanie swojej formułki, to jej nie kończy. Ojciec tego w ogóle nie słucha. Ojciec nie czeka także na to, ze syn zdeklaruje: już więcej nie będę. Nie uzależnia przyjęcia syna (przebaczenia) od jego takich czy innych deklaracji i postanowień.

Spowiedź nie jest spotkaniem urzędnika z petentem (tak, wiem, że często niestety tak jest). Jest zawsze spotkanie kogoś, kto z różnych powodów przyszedł powiedzieć: zgrzeszyłem z Kimś kto mówi: interesuje mnie tylko miłość do ciebie. Nic więcej. Spowiedź to nie terapia, gdzie po kilku sesjach, kiedy pacjent nie współpracuje można mu podziękować. Przy spowiedzi nie można powiedzieć człowiekowi, który przychodzi po raz setny z tym samym grzechem: przyjdź jak się zmienisz. Właśnie po to przychodzi by się zmienić, a nie dostać pieczątkę za dobre sprawowanie.

Miłosierdzia Boga nie można mierzyć naszym (grzeszników) zniechęceniem i poczuciem tego, że nie posuwamy się do przodu. Nie można go też mierzyć zniecierpliwieniem spowiednika, który chciałby być tak skuteczny w dobrych radach, żeby usłyszeć: ojcze już koniec. Miłosierdzie Boga objawia się w czymś innym. W tym mianowicie, że pomimo naszej powtarzającej się słabości – On ma zawsze tak samo radosne oblicze na nasz widok. Gdyby nasza bez-grzeszność miała zależeć od naszego napinania się – Jezus nie musiałby umierać. A jednak umarł, bo wiedział, że nasze zbawienie zależy właśnie od Jego Krwi.

Częsta spowiedź to nie jest nieustanne (nie powinno tak być) upokarzanie się przed jakimś kolesiem, ale to nieustanne przypominanie sobie o tym, że potrzebuję Zbawiciela, że sam nie dam rady ze swoją słabością i grzechem. Warto sobie przypominać, że nikt z nas nie może zadeklarować: nigdy już nie zgrzeszę. Warto sobie uświadamiać, że ta deklaracja z końca każdej spowiedzi jest szczera tak naprawdę tylko na ten moment, na tą chwilę, bo nikt z nas nie może powiedzieć, że napewno tak będzie. Tak wiem, jest ten wytrych: zrobię ile będę mógł. Ale ile to jest? Jak to obliczyć?

Wiem, że to mało ortodoksyjne, ale zaryzykowałbym tezę, że jeśli już ktoś do spowiedzi przychodzi i nie jest wyrachowanym cynikiem, ale poturbowanym przez grzech człowiekiem, to powinien zawsze otrzymać przebaczenie. Może ten człowiek zaraz po odejściu od konfesjonału wpadnie pod samochód? W sumie ciągle żyjemy w zagrożeniu życia.

Spowiednicy nie bójcie się być tak naiwnymi jak Bóg jest wtedy, kiedy wy przychodzicie do spowiedzi. Grzesznicy nie bójmy się swojego słabego przygotowania i małego żalu, a czasem wręcz nieumiejętności żałowania. Nie to jest najważniejsze. Najważniejszy jest ten momencik (może sekunda), kiedy coś nas pcha do pragnienia pojednania się z Bogiem.

Przypominam vloga sprzed paru dni: