Zaznacz stronę

Od zawsze solidarność kojarzyła mi się z NSZZ, który powstał w Gdańsku. Solidarność jako ruch robotników, walczący o ich prawa. Jej drugie znaczenie – według mnie – było takie: ruch pozwalał zjednoczyć ludzi w walce z wrogiem jakim był system komunistyczny. Jedność i walka z wrogiem. Tak myślałem długi czas.

Po drodze w Solidarność włączył się Jerzy Popiełuszko. Jego śmierć miała sprowokować ludzi do rozruchów do odwetu i rozlewu krwi. Miała pociągnąć lawinę zamieszek, które stałyby się pratekstem do kolejnych ograniczeń praw. Rządzący dobrze wiedzieli, że Jerzy to nie jest przypadkowy ksiądz, jakich wielu, ale że stał się symbolem. Tymczasem jego pogrzeb był pokojowy. Po pogrzebie też nie doszło do zamieszek – ludzie pamiętali o tym, co mówił Jerzy za św. Pawłem: zło należy dobrem zwyciężać.

I tu wracam do Solidarności. Ona dostała nowe znaczenie – zjednoczenie ludzi już nie tylko przeciw wrogowi, ale w solidarności z wrogiem. Cóż to znaczy? Wróg, podobnie jak ofiary, sam jest ofiarą. Tak mówił Jerzy – że nie walczy z ludźmi, bo oni są ofiarami złego. Jerzy, za swoim Panem, pokazał, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Nie, nie neguję zła, które czynili i czynią oprawcy, ale chcę powiedzieć, że to jest wtórna sprawa.

Jerzy uczy, że albo popatrzę na przeciwnika jak na człowieka i wtedy będzie szansa go pozyskać dla Jezusa, albo przyjmuję jego warunki i idę na wojnę, ale wtedy już nie zwyciężam zła – złem, ale przy odrobinie szczęścia i większej sile pokonuję zło – złem.

Solidarność (ta, w której był Jerzy) stała się zatem sposobem na poradzenie sobie z wrogami. Ona jest momentem, w którym solidaryzuję się z wrogiem. Nie w przemocy, którą stosuje, ale głębiej – w człowieczeństwie. Dzięki temu odkrywam, że wszyscy jesteśmy ofiarami złego. Niektórzy nie nauczyli się z nią radzić i poszli w przemoc.