Zaznacz stronę

W niedzielę obchodziliśmy dzień solidarności z Kościołem prześladowanym nie dlatego, że nasze wspominanie w Polsce w czymkolwiek im pomoże, ale my musimy sobie o męczennikach przypominać, by żyć w realności, a nie fikcyjnych męczeństwach. Dlatego szlag mnie trafia, kiedy słyszę, że Kościół (księża, biskupi i instytucje kościelne) w Polsce jest biczowany.

Tak, Kościół w Polsce jest prześladowany, ale w zwykłym robotniku pracującym za 1000 zł, w jego uczciwości i wierności przykazaniom. Kościół jest prześladowany w codziennej męce chorych w szpitalach, w siostrach zakonnych, które są często traktowane jak służące przez swoje przełożone i księży. Kościół w Polsce jest prześladowany, kiedy ofiara księdza pedofila sprzedaje swojemu oprawcy sprzed lat lekarstwa w aptece,a  ten od lat śmieje jej się w twarz.

W kontekście tego dnia i dzisiejszej Ewangelii powinno paść pytanie: czy my nie mamy tendencji do tego, by w łatwy sposób podpinać się pod prawdziwych męczenników, często mówiąc o naszym wielkim prześladowaniu, że jesteśmy prześladowani, że chcą nam zdejmować krzyże, że prawo nie jest do końca w myśl zasad naszej wiary, że nie szanuje się księży, że taki czy inny pan w mediach nawołuje młodzież do życia w egoizmie? Chyba za łatwo nam przychodzi mówić o sobie samych, żeśmy męczennicy prześladowani.

Dlaczego zamiast żyć zgodnie z tym, czego nauczał Jezus, zajmujemy się dowodzeniem całemu światu, jacy jesteśmy doskonali? Zobaczmy, jak często jest tak, że zamiast skupić się na tym, by rzeczywiście pomnażać dobro w naszym małym kawałku świata, poprzez mówienie prawdy, bycie dobrym dla innych, uważnym na ludzkie cierpienie, my zajmujemy się sprzedawaniem innym tzw. moralności chrześcijańskiej. Łatwiej jest powiedzieć innym: masz być dobry, masz być grzeczny, niż samemu dostrzec w innych człowieka. Łatwiej dziś katolikom mówić o prześladowaniu Kościoła niż poczekać z windą na nielubianego sąsiada. Łatwiej nam mówić, że rząd prześladuje Radio Maryja niż odpowiedzieć uśmiechem na złośliwą uwagę sąsiadki.

Mówię w ten sposób, bo sam się na tym złapałem, że łatwiej mi opowiedzieć, nawet barwnie, jak to dziś giną chrześcijanie, a trudniej mi przychodzi nie być złośliwym wobec człowieka, który mnie denerwuje.

Jezus mówi, że mamy znać swoje miejsce. Nie mamy sobą pogardzać w fałszywej pokorze, której katolikom nie brak. Często słyszymy, sami mówimy: ja nic nie znaczę, bo kimże ja jestem? Ale za chwilę poprzez właśnie choćby głupie słowo, mały gest, jak wspominana winda, pokazujemy innym, kto tu nic nie znaczy. Nie mamy też się niepotrzebnie nadymać wywindowanym poczuciem wartości, żeśmy najlepsi.

Zachowanie równowagi między jednym a drugim nie jest łatwe, ale właśnie dlatego chodzimy na Eucharystię, by się od Niego uczyć. Msza św. nie kończy się wraz z błogosławieństwem. To nie jest jakiś magiczny obrzęd. Możemy słuchać w naszym ojczystym języku, po to, byśmy rozumieli i chcieli słyszeć. W momencie konsekracji padną słowa: to czyńcie na moją pamiątkę. Trzeba je rozumieć dosłownie, i to czynimy w każdej Mszy świętej, ale też i szerzej. Mamy stąd wyjść i czynić na Jego pamiątkę. Co czynić? Nic innego, jak to: ofiarować się, pozwolić się połamać i spożyć. To jest sens przychodzenia i w tym się sprawdza to, czy naprawdę wierzymy, nie co innego.

SŁOWO