Zaznacz stronę

SŁOWO

Można przychodząc do Boga, próbować się Mu podlizywać. Piękne, okrągłe słowa. Tak, jak ten w Ewangelii: Nauczycielu dobry. Jezus przejrzał jego serce.

Bogu nie idzie o moje piękne modlitwy, pobożne wierszyki, piękne szatki i wielkie ofiary. Jemu nie chodzi o posty i umartwienia. Jemu nawet nie chodzi o to, bym chodził na Mszę. Jemu chodzi o to, co głęboko ukryte. O te skarby, które nie pozwalają mi być wolnym, o te skarby, o których ciągle myślę, a pozbycie się ich sprawiłoby mi wielki smutek. Ten człowiek miał wielkie posiadłości. Ja mam swoje niespełnione pragnienia, marzenia, mam swoje wizje na moje życie. I wiele innych, których nawet boję się nazywać.

A potem przyjdź i chodź za Mną. Przecież ja już za Nim chodzę. A jednak mam ciągle te swoje skarby, których się trzymam kurczowo. Więc rodzi się trudne pytanie: czy to moje chodzenie jest chodzeniem za Nim, czy za sobą, albo w najlepszym wypadku za swoim pragnieniem chodzenia za Nim? Nie moje słowne deklaracje świadczą o tym, kim jestem i jaki jestem. Ale mój stosunek (moja wolność) do skarbów głęboko ukrytych w sercu.

Dlatego zawsze śmieszą mnie wielkie słowa wypowiadane nade mną, wielkie myśli, które przychodzą mi czasem do głowy na mój temat. Śmieszą mnie, bo wiem, jaki jestem, tam głęboko w sercu. Przywiązany do wielu rzeczywistości, ludzi i rzeczy. Ale jest w tej Ewangelii wielka nadzieja dla mnie. Pierwsza w słowach Jezusa, że u ludzi to niemożliwe, ale u Boga wszystko jest możliwe. Tylko On może mnie zbawić, tylko On może uzupełnić wszystkie moje braki. Druga jest taka, że te moje przywiązania, skarby ukochane i piękne deklaracje słowne są moim zabezpieczeniem, że nie odlecę.