Zaznacz stronę

SŁOWO

Po pierwsze: „co chcesz, żebym ci uczynił”?
To szalenie ważne pytanie w chrześcijaństwie, Bóg stawia je każdego dnia i nie jest to tylko grzecznościowe pytanie. Punktem wyjścia jest nasza pozycja, która jest pozycją dziecka Boga. Już nie jesteśmy wyznawcami, niewolnikami, „byle kim”, ale córkami i synami Ojca. Z tego wynika fakt naszej równości z Bogiem. Ona oczywiście nie jest równością w sensie partnerstwa biznesowego, ale jest darmo daną łaską. Bóg, kochając nas, wie, że musi się zniżyć do naszego poziomu. Inaczej, będziemy ciągle na poziomie poddaństwa. I właśnie dlatego wymyślił Wcielenie. W Jezusie wszyscy jesteśmy na równi z Ojcem.

Dopiero z tej pozycji, Ojciec pytając mnie o moje pragnienia, mówi mi wprost, że to co jest w moim sercu, jest dla Niego ważne. Tak powinna się zaczynać każda rozmowa (modlitwa) z Nim. Jasne, że On o wszystkim wie, ale nie jest dla nas już tak jasne to, że On kocha słuchać o tym, co się u nas dzieje. On kocha posiadać informacje z pierwszej ręki. Chodzi tu przede wszystkim o to, byśmy sami usłyszeli, czego tak naprawdę potrzebujemy, co jest naszym prawdziwym pragnieniem.

Po drugie: nie daj się zakrzyczeć.
Docierają do nas miliony głosów, obrazów, a nawet specyficznego milczenia, które zagłuszają Głos, który od Niego pochodzi, ale także ten głos, który kierujemy w Jego stronę. Zanim jednak zwrócimy uwagę na głosy z zewnątrz, na to, co według nas nam przeszkadza, warto zwrócić uwagę na hałas w nas. Na nasze rozchwiane serce, ciągle szukające zaspokojenia w nas. Najgorsze są te hałasy wewnątrz, bo ich nie widać, łatwiej zwalić winę na „zewnętrzny hałas” niż zauważyć swoje krzyczące serce. To wymaga więcej pracy. Jestem przekonany, że większość ludzi, którzy krzyczą o prześladowaniu religii w naszym kraju, już dawno nie miało dobrego, autentycznego i szczerego kontaktu z samymi sobą.

Po trzecie: nie zakrzycz innych.
Oj, jak łatwo być mistrzem dla innych (mówię też do siebie). Jak łatwo zakrzyczeć ich głos do Boga. Bo przecież ja wiem lepiej, ja mam większe doświadczenie, znam więcej dokumentów. Czasem te przekrzykiwania „speców” przypominają mi spotkanie dwóch nastolatek, kiedy jedna opowiada drugiej o wielkim zakochaniu, a druga mówi wtedy, że wszystko jest inaczej, bo w mądrej książce ktoś kiedyś napisał inaczej.

Po czwarte: Jesteś ślepcem.
Nie widzisz, co się dzieje wokół ciebie. Widzisz tylko swoją ślepotę. Widzisz zło, swoje niedomagania, słyszysz „złe głosy”, a nie dostrzegasz w całym tym zgiełku nadchodzącego Dobrego Boga. Żeby spotkać w końcu Boga uzdrawiającego, trzeba przyznać się do ślepoty, do tego, że to, co mi się wydaje, nie jest rzeczywistością, ale moim urojonym obrazem, projekcją moich marzeń, pragnień.

Jezus go uzdrawia. Daje mu wzrok. Jasne, dla niego to wielka radość, ale i wielka zmiana w życiu. Odtąd nie mógł już żyć z żebraniny i z litości innych. Od tej chwili musiał wziąć się do roboty. Jako człowiek zdrowy. A więc jeśli dziś prosisz Jezusa by cię w czymś dotknął, uzdrowił, spytaj się, czy chcesz wziąć tego konsekwencje na siebie. Móc widzieć to piękna sprawa. Nawet za cenę konieczności wzięcia swego życia w swoje ręce. Chcesz?