Zaznacz stronę

Wieczorami, w hospicjum robię swój obchód. Staję na progu każdego pokoju, słucham jak Domownicy walczą z bezsennością, albo smacznie chrapią. Próbuję sobie przypomnieć sytuacje związane z konkretnymi ludzi z tego dnia.

Dziś czułem, idąc korytarzem, że muszę iść najpierw do pokoju, w którym Ktoś przygotowywał się do odejścia. Wiedziałem, że są najbliżsi, że Osoba nie jest sama. Ale coś mnie tknęło – wejdź do nich. Nigdy nie wiem, co robić, jak się zachować, więc słucham serca. Zaproponowałem koronkę. Nie było krzesła więc uklęknąłem, a wraz ze mną wszyscy. Modliliśmy się szeptem (tak uczył Jan – by być dyskretnym delikatnym, nie narzucającym się i nie przeszkadzającym w odchodzeniu). Przyszła w trzeciej dziesiątce. Zostawiła uśmiech na twarzy i ulgę, bo cierpienie dobiegło końca.

To niesamowite, że czym jestem tutaj dłużej, tym więcej mam w sobie pokoju. Czuję jakbym był tutaj od zawsze i miał być zawsze. Wracam z mojego obchodu pełen pokoju, choć dziś tak Wielka Rzecz się stała. Idę dziś spać z wielką wdzięcznością, że mogłem być świadkiem. Świadkiem tego jak Bóg uwalnia.

Kończy się 18 kwietnia. Kolejny dzień życia. – Dwa banalne zdania. Jednak dziś dla mnie takie nie są.