Zaznacz stronę

Przecież doskonale znamy odpowiedź Jezusa z dzisiejszej [KLIK] Ewangelii; wiemy, że istotą, sednem, fundamentem jest miłość do Boga i człowieka. Dla nas ta odpowiedź nie jest ani zaskoczeniem, ani szokująca. Co więcej, bardzo często uczymy tego innych, mówimy im o konieczności miłości, nawet w polityce powołujemy się na chrześcijańskie fundamenty.

Na początku rekolekcji ignacjańśkich przerabia się FUNDAMENT [KLIK] Ignacego – kilka zdań, które porządkują całe życie, ustawiają cel i przypominają o środkach. Jednym z moich odkryć było to, że ja to doskonale znam. Ba! Innych uczę Fundamentu i wiem, że wiele osób, świetnie dzięki temu, nim żyje. A jednak, ja sam, bardzo często poza poziom: „wiem” nie wychodzę. Wiedza o Bogu, Jego prawach, nawet o miłości jest wygodna.

Okazuje się, że łatwiej mi praktykować miłość Boga do mnie, niż moją do Niego. Nie, i nie chodzi o dawanie Bogu dowodów miłości. Raczej o taką przemianę umysłu, która skutkuje nie tylko wiedzą o miłości Boga do mnie, ale która sprawia, że ta świadomość staje się czymś, co mógłbym nazwać częścią mnie całego. Mojego ciała, mojej psychiki, mojego ducha, moich wyborów. Nie jest tylko jakimś zewnętrznym imperatywem moralnym wypływającym z zasad mojej wiary, ale staje się częścią mnie.

Miłość, o której dziś mowa, jest zaprzestaniem szukania (mojego) komfortu. Tak, ja godzę się i chcę służyć Bogu, to jest moje największe pragnienie, ale praktyka pokazuje mi, że chcę to robić na swoich warunkach, a więc kocham znów siebie bardziej od Niego.

Kiedy Bóg daje mi przykazanie (w tym miłości) to nie nakłada na mnie ciężarów (to jest diabelskie myślenie), ale pokazuje mi, jak bardzo Jemu samemu zależy na mnie.