Zaznacz stronę

Myślę, że nie przesadzę, kiedy stwierdzę, że jeśli jakiś teolog moralista przeanalizowałby wszystkie moje spowiedzi z całego życia (33 lata), to doszedłby do wniosku, że nie są one ważne. Dlaczego? W teorii to bardzo proste (spowiadanie się): robię jakieś zło (grzech), po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że zrobiłem źle. Postanawiam to zmienić, podejmuję decyzję, oczywiście to, że widzę zło jest już moim żalem, że do niego doszło. Idę do spowiedzi. Problem zaczyna się jednak po drodze. No bo ja żałuję, mam w sobie wolę (myśl?) o tym, by więcej nie robić zła, ale trwa to na tyle długo, że wiem (pomimo wcześniejszej deklaracji), że ja znów zgrzeszę i znów poproszę o przebaczenie. I choć teoretycznie rozumiem zasadę wolności od grzechu w tym momencie, to wiem, że ona jest ładną teorią. Pewnego rodzaju kruczkiem prawnym.

Nie, nie chcę burzyć katolickiej nauki, nie chcę mówić, że jestem mądrzejszy od Kościoła, jednak sam się spowiadam, rozmawiam z wieloma ludźmi (również księżmi) i widzę, że to nie jest tylko mój problem. I wiem też z historii mojego Kościoła, że wiele zasad zmienialiśmy, ustalaliśmy na nowo, próbowaliśmy – te dotychczasowe – czytać na nowo.

Jeśli założymy, że siłą Kościoła jest moralne życie i przestrzeganie prawa przez jego członków, to rację mają ci, którzy mówią, że trzeba się pozbyć wszystkich tych, którzy mają z tym problem. Ostatecznie, przecież, to my jesteśmy siłą Kościoła, który tworzymy. Jeśli jednak założymy (a uważam, że to jest prawdziwe), że siłą Kościoła jest Jezus, to Kościół jest miejscem (nie teoretycznie) dla grzeszników z każdego przykazania. I Kościół nie może ich wykluczać i nie może im mówić: to wasz problem, przyjdźcie jak uregulujecie swoje sprawy.

Nie możemy mówić, że Kościół ma zajmować się tylko tymi, którzy żyją bez grzechu (w sensie – bez większych przewinień). Skoro On przyszedł do chorych, to Kościół jest szpitalem, a szpital to przede wszystkim miejsce, w którym są obecni chorzy. Zdrowi są po to, by pomagać w takim miejscu chorym, ale nie po to, by prawić i moralne dysputy, ale by ratować ich życie. Hospicjum nauczyło mnie podejścia do chorego bardzo indywidualnego. Stosuję znane medycynie środki i techniki, ale na tyle na ile chory jest w stanie je przyjąć. Nie jako teoretyczny przypadek, ale konkretny człowiek. To bardzo trudne, łatwiej wdrożyć procedury, trudniej słuchać pacjenta i za nim podążać. Dobry lekarz wie, że choć na jakimś odcinku coś starci to ostatecznie jest jeden cel: pomóc człowiekowi.

Bardzo się dziś ucieszyłem, kiedy przeczytałem zdanie, które wypowiedział bp Wątroba: Towarzyszenie tym, którym pierwsze małżeństwo się nie udało i weszli w kolejne związki jest być może najpilniejszym zadaniem dla Kościoła w Polsce. Ucieszyłem się, ale też bardzo zasmuciłem, kiedy poczytałem komentarze czuwających w sieci pobożnych moralistów. „Kościół powinien najpierw zatroszczyć się o zdrowe rodziny”, „to jest przeciwko nierozerwalności małżeństwa”, „to jest błogosławienie grzechu”.

Prawda: Kościół nie ma prawa do tego, by stwierdzić, że małżeństwo jest rozerwalne. Jednak Kościół może zastanawiać się jak podchodzić do tej grupy grzeszników, jak i robi to nad innymi grzechami. Tego rodzaje dyskusje nie są, jak chcą niektórzy stwierdzić, „nowinkarstwem” w Kościele. Wystarczy wspomnieć o problemie ludzi, którzy odstępowali od wiary w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Jedni twierdzili, że skoro zdradzili to nie ma dla nich miejsca w Kościele, inni mówili o pokucie i przyjęciu ich na powrót. Trzeba nam dyskutować nie tylko nad ideałami, ale także nad sytuacją ludzi, którzy nie zawsze wpadli w grzech z czystego wyrachowania, ale bardzo często znaleźli się w nim z powodu zdrady, odrzucenia, ludzkiej niezdolności do bycia z konkretnym drugim człowiekiem. Inna jest sytuacja człowieka, który znudził się byciem z małżonkiem i szuka nowego, inna jest sytuacja osoby porzuconej dla kogoś trzeciego. Jasne, że drugie małżeństwo nie będzie sakramentalnym, ale możemy i powinniśmy rozmawiać poważnie o drugim związku. Ludzie się rozchodzą i trzeba im pomóc by tego nie robili (Kościół to robi), ale trzeba też być z tymi, którzy się jednak rozeszli. I widzieć w nich nie tylko rozwydrzone dzieci, które zmieniają zabawki, a ludzi, którzy żyją w dramacie.

Zacząłem od siebie z dość odważnym pytaniem o ważność moich spowiedzi. Ja wierzę, że każda z nich jest ważna, że choć nie potrafię powiedzieć na 100%: więcej nie zgrzeszę, to nie dlatego, że jestem wyrachowany, ale dlatego, że – tak jak już wspomniałem – znam siebie i swoją historię. Po drugie, choć dążę do życia bez grzechu, to paradoksalnie grzech powoduje, że ja potrzebuję Zbawiciela, sam się nie zbawię, sam nie jestem wystarczlany. Potrzebuję Jezusa na śmierć i życie.

Za miesiąc z kawałkiem złożę ślubowanie, wyznam wiarę i zostanę proboszczem. Chciałbym by w mojej parafii grzesznicy dobrze się czuli. Nie w sensie: przyjdźcie i grzeszcie do woli, a ja wam zło pobłogosławię, ale w sensie: wiem, że wasz (jak i mój) grzech jest waszym dramatem, w którym Bóg Was nie zostawia i nie potępia, a podaje rękę i umiera za nas na krzyżu.