Zaznacz stronę

To jest drugi tekst na Wielki Post, z cyklu BANITY o jałmużnie. O idei przeczytasz TU.

Czasem wystarczy pięć chlebów i dwie ryby, by móc nakarmić tłumy. Czasem wystarczy jeden bochenek, by zmienić życie człowieka.

Chronimy się w cieniu, próbujemy odpocząć choć przez chwilę po trudach dnia. Przyjechaliśmy do obcego miasta, by opowiadać ludziom o Bogu. Bez pieniędzy, bez miejsca do noclegu. Jeden z kolegów ma w plecaku bochenek chleba, tylko dlatego, że był potrzebny podczas inscenizowanego przez nas hapenningu.

Tego dnia niczego już nie oczekiwaliśmy. Nie chcieliśmy niczego poza odpoczynkiem. Korzystaliśmy z chwili wytchnienia, bo dość już mieliśmy rozmów z ludźmi, dość opowiadania, zapraszania na Mszę do kościoła. Nogi ciężkie od chodzenia i głowy zmęczone palącym słońcem.

Po chwili podchodzi człowiek. Twarz, sylwetka, ubranie i zapach podpowiadają, że pił od wielu dni. Zanim otworzył usta wiedzieliśmy, że jego słowa będą sprowadzały się do jednego: „daj”. Zasmucony kolega zaczął tłumaczyć, że nikt z nas nie ma przy sobie pieniędzy, że takie jest założenie naszej dzisiejszej przygody, że w tej krótkiej chwili my wszyscy jesteśmy bardziej ubodzy od niego. Sięgnął tylko jeszcze do plecaka po bochenek chleba i podał go z uśmiechem skołowanemu człowiekowi.

Następnego dnia dane nam było oglądać cud. Ten sam człowiek trzeźwy, schludnie ubrany zasiadł wśród innych w kościelnej ławie. Chleb, drobiazg wart zaledwie kilka złotych, niewielki gest został rozmnożony, zamieniony w cud. Cud stworzenia nowego człowieka, cud odnalezienia determinacji, by choć spróbować zawalczyć o swoje życie. Żadne nasze słowa, czy wysiłki z dnia poprzedniego nie dały tak spektakularnych rezultatów, tak wielkiej przemiany jak ta prosta jałmużna, zwyczajny bochenek chleba.

Zawsze, gdy myślę o tej chwili przychodzi mi mocno uderzyć się w piersi. Często bowiem jałmużnę traktuję jak dodatek, środek do poprawienia sobie humoru, podniesienia samooceny, uspokojenia sumienia. Często tłumaczę sobie, że właściwie to nie mam czym się podzielić, że mam w kieszeniach tak niewiele. Że od pomocy materialnej są ci zamożni, opływający w dostatki.

Wspomnienie tej chwili budzi mnie z zapatrzenia w siebie. Przypomina, że całe moje chrześcijaństwo, wszystkie moje modlitwy, posty, wszystkie moje wysiłki bez spojrzenia na drugiego człowieka nie są nic warte. Przypomina, że wcale nie muszę mieć wiele, by móc pomóc bliźniemu. Że nigdy nie wiem ile naprawdę znaczy ofiarowany bochenek chleba. Nie wiem co z jałmużną zrobi obdarowany. Nie wiem co postanowił z nią zrobić Bóg.

Zbyt często zapominam o moim bracie Łazarzu leżącym pod bramą. Zbyt często zapominam, że Bogu czasem wystarczy kilka chlebów, by wykarmić tysiące ludzi. Zbyt często zapominam, że sam widziałem rozmnożenie chleba.

Krzysztof Runiec