Zaznacz stronę

Dość łatwo wziąć – nam ludziom wierzącym – Jezusa i sprawić, żeby On stał się powodem rozdwojenia między nami. Ja mam Jezusa, zasady, wiarę, Ty nie masz tego, w związku z tym mi się sprzeciwiasz. Bardzo uprościłem, ale myślę, że wiecie, o co mi chodzi.

Tymczasem pierwsze i najbardziej fundamentalne rozdwojenie z powodu Jezusa, dzieje się w moim sercu. To w nim pojawia się linia podziału między częścią mnie, która chce Go naśladować, podziwiać, stawać się jak On, a tą częścią, która chce Go odrzucić, bo staje się często niewygodny i uwiera. To tam bardzo często pojawia się racjonalizowanie, które ma doprowadzić do tego, że nie biorę Jego słów poważnie, że próbuję Go zbagatelizować i pójść za tym, co wymyślę dla siebie jako źródło szczęścia.

Jeśli nie zauważę tej prawidłowości w sobie, to skupię się tylko na zewnętrznym sprzeciwie, wykorzystam Jezusa do sprzeciwiania się swoim wrogom, politycznym oponentom czy religijnie „innym”; rozpocznę kolejną ideologiczną wojnę, która na sztandarze ma Jezusa.

Kiedy w Ćwiczeniach Duchowych, Ignacy każe prosić Boga, by Ten przyłączył odprawiającego rekolekcje do sztandaru Jezusa, to ma na myśli jedno: by człowiek proszący stawał się podobny do Jezusa, by Go naśladował w niesieniu krzyża, a nie zwalczaniu innych.

Czy w takim razie chrześcijaństwo jest wycofaniem się? Nie – żadną miarą. Ono przywraca kolejność. Najpierw zmieniam siebie, swoje myślenie, decyzje i czyny, w konsekwencji zmienia się świat wokół mnie. To jest to, co mówi Jezus, kiedy ostrzega, że człowiek może zdobyć cały świat, a swoją duszę stracić.

KLIK