Zaznacz stronę

Rok temu wrzuciłem to zdjęcie (z misiem) z podpisem: „Proboszcz?” na mój profil FB. To była zabawna niedzielna sytuacja.

Rok temu wierzyłem, że Kościół, pomimo swoich słabości, to wspólnota, w której można dużo zrobić, że kiedy Kościół daje misje, to cię wspiera. Dokładnie dzień później zaczął się ostatni etap mojego „końca”. A już za miesiąc przekonałem się, że misję można szybo odebrać; że to, co robisz niewiele znaczy, jeśli dla kogoś jesteś problemem. 

Minął rok. W moim życiu osobistym bardzo dużo musiałem przewartościować, nie dlatego, że doznałem jakiegoś oświecenia, ale żeby po prostu, po ludzku nie zwariować, albo bardziej nie zwariować. 

Rok później usłyszałem, że można publicznie obrazić Ofiary krzywdzicieli w sutannach, że można bronić tych, którzy bronili, nie Ofiar, ale właśnie oprawców i co? I nic. 

Rok później przeczytałem kolejne kilkanaście strasznych historii, które wcale nie skończyły się szczęśliwie, ale naznaczyły kobiety i mężczyzn na całe życie. 

Rok później czytam u mojego Współbrata, że ma dość pisania w przestrzeni publicznej, bo i tak wygrywają ci, co krzyczą najgłośniej i po prostu nie ma na to siły. Kolejny, który wycofuje się w tył, bo ile można obrywać od swoich? 

Rok później jestem wciśnięty w fotel, bo dostałem wiadomości, w których ludzie dziękują mi za to, że piszę o Ofiarach, jakby to było coś nadzwyczajnego. Mnie te wiadomości przerażają. Dlatego, że codziennie, podobnie jak tysiące księży, głoszę Ewangelię i okazuje się, że ciągle prawda i stanięcie za najsłabszymi jest bohaterstwem. 

Rok później, miłość do Kościoła jest czymś szalenie trudnym, bo poprzeplatana lękiem; bo mam świadomość, że nigdy nie wiem, co tym razem może się wydarzyć. Bo wiem, że dla niektórych dobre dzieła nic nie znaczą jeśli nie mają metki z mocnym nazwiskiem.

Franciszek napisał kiedyś piękną Adhortację „Radość Ewangelii”, czytałem ją z wypiekami na twarzy, bo przez chwilę myślałem, że można inaczej. Później życie nauczyło mnie i uczy dalej, że nie ma żadnego „inaczej”. Że jest jak zawsze. Że jedni są spaleni na starcie, a drudzy, choćby Boga wyśmiali w najmniejszych, są zawsze na szczycie. Tak, to gorszące, jednak ja nie mam na to żadnego wpływu. 

Gdzie w tym Ewangelia? W mojej małej wierze, że On jest Emmanuelem. W to jedno wierzę.

Napisałem to w moim imieniu i w imieniu kilkudziesięciu księży i Sióstr zakonnych, którzy mi przez ten rok napisali listy, a które były bardzo do siebie podobne: czujemy się, nie jak dzieci Dziedzica, zaproszone do wspólnej misji, ale jak trybiki, które można w każdym momencie odesłać. Napisałem szczególnie w imieniu tego, który usłyszał: bez ciebie też sobie poradzimy. Kiedy więc zasiądziecie do modlitwy o nowe, liczne i święte powołania, to zobaczcie jak mają się te, które już są. Może nie są święte i nowe, ale czasem oparami wiary próbują kochać Kościół Jeden, Święty i Apostolski.