Zaznacz stronę

Po raz kolejny, z Jestem, Który Jestem, zamieszkaliśmy razem w pięknym domu w lesie. Razem się modliliśmy, spędzaliśmy czas na odpoczynku, śnie i słuchaniu. Miałem w tym tygodniu kilku towarzyszy – przewodników: Chrystus, Ochojska, Ryś, Loyola, Merton, Luter i Jelloun. Różne osoby i punkty patrzenia na świat, człowieka i Boga, ale z wszystkich korzystałem przez filtr tego Pierwszego, który Jest dobry.

W moim dotychczasowym życiu często mówiłem, i byłem bardzo do tego przekonany, że modlitwa to tracenie czasu dla Boga, bo tylko tak naprawdę mamy czas. Jednak to nie jest prawda o modlitwie. Ona jest czasem, w którym ja uświadamiam sobie, ale nie chodzi o świadomość intelektu, bardziej o moje serce, które to czuje, że to Bóg traci swój czas dla mnie. To nie jest tak, że kiedy siadam przed Nim, to muszę w sobie wyłączyć cały świat, by być dla Niego – znów kręciłbym się wokół „ja”. To raczej On wyłącza cały świat by pobyć ze mną. Bóg we wszystkim jest Pierwszy, a przede wszystkim jest pierwszy w miłości. On nie jest władcą, który żąda ode mnie miłości, ale On pierwszy mnie kocha. To On pierwszy – uprzedzam, może to obrazoburczo zabrzmieć – oddaje mi cześć. Nie, nie jesteśmy Panami Boga, ale to On przed nami klęka w wieczerniku by myć nam nogi. To jest niesamowite, że jest On Bogiem Miłości, która reaguje na zło naszych uczynków – Miłosierdziem. Jeśli Bóg JEST tym, który JEST, to ja jestem tym, którego nie ma. Moja nicość pobudza Boga do kochania i z tej nicości staję się ja.

Broniąc wiary i wypływających z niej wartości, często wcale, nie chodzi mi o Jezusa, a raczej o obronę mojego świata, który zbudowałem na Nim i dzięki Niemu, a przecież On wyraźnie wzywa mnie do opuszczania wszystkiego – również takiego świata. Skoro wiara jest radością płynącą z Zmartwychwstania – z nadziei, której nie może dać żadna ludzka miłość, to ja jako chrześcijanin nie mogę mieć smutnej twarzy człowieka, który widzi rozpadający się misteryjnie budowany świat, dodajmy swój świat, nie Boży. Jeśli idę za Jezusem, dla Niego samego, to nie muszę się bać. Lęk pojawi się i musi się pojawić wtedy, kiedy Jezus musi iść za mną, kiedy to ja chcę i jestem pierwszy. Wtedy trzeba się bać, wtedy lęk jest czymś oczywistym, bo sam chcę stawiać czoła przeciwnikowi jakim jest diabeł. Skoro ja zajmuję miejsce Boga to ja także, w pewnym momencie przestaję widzieć wyraźnie, wrogiem staje się drugi człowiek.

Chwała Jezusa objawiła się na Jego Krzyżu. Dla mnie, na co dzień, znaczy to tyle, że Jezus nie chce innej władzy jak miłość. Jego nie interesuje władza ludzka, światowa, państwowa. Jedyna władza jaką się posługuje z Tronu Krzyża to miłość do człowieka, i to człowieka, który Go ukrzyżował. Co to znaczy w praktyce? Nie mogę wykorzystywać Jezusa do tego, by chcieć w jakikolwiek sposób zapanować nad drugim człowiekiem. Religijnie, ideologicznie czy politycznie. Jeśli mówię: „jestem chrześcijaninem” to w domyśle jest jedno: „naśladuję Jezusa”. W czym? W panowaniu. Jego Panowanie objawiło się w krzyżu, w przebaczeniu z krzyża.

Wiara nie jest czymś, co daje mi dobre samopoczucie, wyrywa mnie z opresji, chorób czy problemów. Nie, nie wierzę po to, by coś z tego mieć, albo mieć więcej od tych, którzy nie wierzą.

Ludzie zarzucają mi, że wymyśliłem sobie „pluszowego bożka”, którego zawarłem w haśle: „Bóg JEST dobry”, zarzut dotyczy tego, że mówiąc o dobroci nie mówię o Jego Sprawiedliwości. Rzecz w tym, że dobry Bóg jest Bogiem jak najbardziej sprawiedliwym. Sprawiedliwość ludzka polega na tym, że oddajemy drugiemu lub domagamy się dla siebie – tego co się należy. Sprawiedliwość Boga polega na tym, że Bóg oddaje nam to, co się nam nie należy. Prawda – Bóg jest Sprawiedliwy. Jest czystą sprawiedliwością, i właśnie dzięki temu On Jeden może nas usprawiedliwić.

Bardzo łatwo sprawdzić czy moja wiara jest wiarą w Jahwe czy staje się już tylko ideologią, argumentem w walce z drugim człowiekiem czy tradycją z dzieciństwa. Tym kryterium jest mój stosunek do najuboższych. To, czy idąc ulicą mojego miasta – odwracam głowę, by nie widzieć biednego. A kiedy go jednak dostrzegam, bo jest nachalny, to czy dorabiam kolejną ideologię o zawinionej biedzie i milion usprawiedliwień by nie wyjść ze swojego komfortu. Moja wiara nie może być celebrowaniem ślicznych odkryć metafizyczno – duchowych. Tworzeniem kolejnych traktatów teologicznych. Ona do bólu, każdego dnia musi dostawać po gębie od pytającego mnie Pana: czy jesteś tylko cymbałem brzmiącym?

Wiara żywa nie pozwala mi na spanie, nie bycie biernym wobec miliona pytań, które po pobożnym dniu, pojawiają się w kolejnej samotnej nocy. Wiara żywa zaczyna się wtedy, kiedy w nocy przychodzi bezsenność, a ja próbuję być wiernym Bogu. Ona okazuje się żywa wtedy, kiedy po wielu godzinach pytania siebie i Boga na modlitwie: co zrobić by być doskonałym, odkrywam, że nie chodzi o moje bycie doskonałym, ale dawnie innym życia, nie przekleństwa.

Zamieszkać z Tym, który Jest dobry, w lesie to nic innego jak doświadczać, że Bóg Żywy jest delikatny, nie narzucający się. Chodźcie, a zobaczycie. Poszedłem i doświadczyłem. Doświadczyłem, bo Bóg Jest Doświadczeniem, nie wiedzą