Zaznacz stronę

Po ludzku rozumiem. Schorowany, stary człowiek chce odpocząć.

Jako jezuita i chrześcijanin już mniej. Czuje jakiś zawód. Bo wiem, że czasem będąc w Kościele, zakonie, robi się coś wbrew sobie, swojej woli. Robi się nie z jakiegoś przymusu, ale w imię miłości, w której przychodzi cierpieć. I to już nie jest romantyczny slogan.
Prawnie wszystko jest w porządku, ale w logice Kościoła, która jest mi bliska, właśnie w logice Kościoła spalającego się dla swego Pana, dla mnie to nie jest w porządku.
Dziś rozmawiałem z moim prowincjałem min. o momencie w moim życiu, w którym ja chciałem się poddać. Momencie na tyle trudnym, że ciągle jest zamknięty w szufladzie z naklejką nie dotykamy na razie, i prowincjał powiedział mi, że jedno, co mu się w tym wszystkim podoba (a dialog wtedy między nami był „na noże”), to fakt, że zostałem. Połamany, ale zostałem.
Nie znam Benedykta XVI osobiście, nie wiem jakim jest człowiekiem. Znam tylko Papieża Benedykta XVI i dziś, choć modlę się za Niego, przyjmuję Jego decyzję, to jej nie rozumiem. Ktoś na FB zadał pytanie retoryczne: czy ojciec może abdykować?
Osobiście uważam, że to dobry moment do przypomnienia sobie raz jeszcze, że w Kościele najważniejszy jest Pan Jezus, że to On daje siłę i moc swojej wspólnocie. Że to na Nim mamy budować, bo wszystko, łącznie z Świętym Kościołem (w tej postaci), przeminie. To fajny czas do przypomnienia sobie, że żyjemy w świecie, w którym wszystko jest tylko odblaskiem Prawdziwej Rzeczywistości.
Dla mnie – jezuity to też trudny moment. Papież dla nas jest Najwyższym Przełożonym. Odchodzi Ktoś, kto przez ostatnie lata był ważny, kto był ostatecznym odniesieniem na Ziemi.
Nie rozumiem, kiedy patrzę na Benedykta XVI.